Judas "Jude" Einhart

    Share
    avatar
    Judas Einhart

    Liczba postów : 199
    Płeć : Male

    Judas "Jude" Einhart

    Pisanie by Judas Einhart on Pią Lip 13, 2012 1:55 am

    Judas "Jude" Einhart

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Judas. Brzmi totalnie kozacko, ale chyba wolę Jude.
    2. Nazwisko: Einhart
    3. Data urodzenia: Piękne lato 1994 roku, a dokładniej – 15 sierpnia, godzina 6:06.
    4. Miejsce urodzenia: Manchester
    5. Miejsce zamieszkania: Manchester w Anglii. Mieszkam tu dopiero od kilku lat, wcześniej z rodziną zajmowaliśmy urokliwe mieszkanie w jednej ze starszych kamienic w samym sercu UK czyli Londynie. Do przeprowadzki zmusiła nas choroba prababki Gwendolyn – staruszka cierpiała na wyjątkowo okropną i przykrą odmianę smoczej ospy. Biedaczka zmarła dwa lata temu. W spadku zostawiła nam ogromną posiadłość, siedem kotów i dwa psy (nikt nie zna szczegółów dotyczących tajemniczego zniknięcia zwierzaków tuż po śmierci babci oprócz mnie). Moje małe królestwo mieści się na najwyższym piętrze, zaraz obok pokoju Sophii. Niestety ta wredna jędza mnie uprzedziła i zajęła większe pomieszczenie. Nie przeszkadza mi to jednak w przechodzeniu przez balkon do jej części prywatnego schronu. W każdym razie – mój pokój jest całkiem zwyczajny. Większość roku szkolnego spędzam w Hogwarcie, więc dam sobie rękę uciąć, że na mahoniowym biurku zalęgła się potężna warstwa kurzu. Na ścianie o barwie soczystej pomarańczy połyskuje przytwierdzony przeze mnie Zaklęciem Trwałego Przylepca plakat Jimiego Hendrixa (taki jeden ziomek, prowadził się z gitarą), gdzieś w kącie leży ukulele, a na skórzanej czarnej sofie panuje rozgardiasz. Poduszki, książki, pióra, śmiecie, ogryzki po jabłkach… to wszystko jest sprzątane jednym ruchem różdżki przez Perry’ego, jak go ładnie poproszę. Gdy jestem w domu, kładę się na brązowym, puchatym dywanie, zakładam ręce za głowę i puszczam głośno muzykę. Rozkoszuję się ostrymi, brudnymi dźwiękami wypływającymi z głośników, ignoruję krzyki siostry i nerwowe stukanie rodzicielki do drzwi. Dopiero gdy przy kolejnym uderzeniu głową o ścianę o mało co nie wypada mi dysk, zmieniam repertuar na coś lżejszego.
    Mamy też duży ogród. Ojciec najchętniej nie rozstawałby się z wężem ogrodowym – gdy tylko wyjrzę przez okno, podlewa rośliny, kosi trawnik, wyrywa chwasty. Nie rozumiem jak można być takim świrem. Ale muszę przyznać, że jego praca przynosi efekty – sąsiedzi niejednokrotnie gratulują nam zadbanej działki. Szczerze mówiąc, trochę mam to gdzieś, ale przyjemnie jest usiąść na werandzie, wziąć gitarę i poczuć na twarzy lekki powiew wiatru. Albo zraszacz ogrodowy, co mnie zdarza się zdecydowanie częściej...
    Chyba trochę za bardzo się rozgadałem. Może lepiej od razu przejdę do następnego akapitu…

    6. Czystość krwi: ¼. Swoją drogą, kogo to obchodzi?

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina: Na pierwszy rzut oka jesteśmy całkowicie normalni. Szkoda, że tylko na pierwszy rzut oka.
    Mój ojciec, Rowan, to kompletny świr. Na początku myślałem, że fanaberie związane z wykładaniem historii w pobliskim liceum to kryzys wieku średniego, niestety – przeliczyłem się. Facet, któremu niedawno stuknęła pięćdziesiątka, każdego wieczoru zatapia się w liczącej milion pięćset sto dziewięćset stron niezwykle interesującej, jak sam zapewnia, książce i wkracza w świat mitycznych stworów i średniowiecznych zbroi. Hobbystycznie podlewa kwiatki w ogródku, każdej roślinie nadaje imię i z ekscytacją opowiada o rozroście botanicznej rodziny. Małżeńskie łoże dzieli nie tylko z Faith, ale również ze swoją drugą (a może pierwszą?) nieocenioną miłością – a mianowicie mieczem. Kiedyś z Sophią zakradliśmy się do sypialni by uwiecznić tę wzruszającą chwilę pamiątkowym zdjęciem – Rowan przytulony do szabli wręcz spycha rozespaną mamuśkę z łóżka i pozbawia ją zbawiennej w zimowe dni kołdry.
    Pasję do gotowania odziedziczyłem po matce, chwała Merlinowi – talent kulinarny już nie. Faith uwielbia eksperymentować w kuchni. Jej specjalność to ogórki kiszone z bitą śmietaną i polewą cytrynowo-wiśniową. Jeśli chcecie spróbować, to zapraszamy do naszego domu – w salonie zawsze stoi pełna miska owych smakołyków, czekająca na odważnych (i chyba pozbawionych rozumu) gości. Niedzielne obiady u mamusi w przypadku Einhartów nabrały nowego znaczenia. Większość z nas wymiguje się natłokiem zajęć, ewentualnie ja niewinnie proponuję małą pomoc w przygotowaniach. Rezultaty moich kulinarnych eksperymentów na szczęście stanowią dla podniebienia niebywałą rozkosz.
    Jest też Perry, mój starszy brat, słynący z zamiłowania do tatuaży, Sophia – ją na pewno znacie i Marley – zaginiona córka Boba Marleya. I jest Judasz. Czyli ja.

    2. Pokrewieństwo: ukochana siostrunia Sophia. Bullshit!
    3. Status majątkowy:powyżej przeciętnej

    C. Szkoła

    1. Rok nauki: VII
    2. Dom: (uzupełnia administrator)
    3. Przedmioty: zaklęcia, opcm, transmutacja, eliksiry (przemilczmy fakt, że ledwo co zdałem SUM-a), zielarstwo, astronomia i historia magii. Jak widać wszystkie obowiązkowe zaliczyłem, ale żaden ze mnie Einstein, po prostu opłaciło się ostre zakuwanie tydzień przed egzaminami. Z dodatkowych przedmiotów wybrałem jeszcze wróżbiarstwo (kupa śmiechu, serio) i mugoloznawstwo.

    D. Wygląd


    • Wzrost: 180 cm
    • Budowa ciała: wysportowana i smukła, odpowiednio wyposażona w wyściółkę tłuszczową
    • Kolor oczu: przenikliwie niebieskie, skradzione samemu Kurtowi Cobainowi
    • Kolor włosów: mahoniowy brąz
    • Cechy charakterystyczne: potężna diastema, przenikliwe spojrzenie, duże dłonie i smukłe palce, mocno zarysowana szczęka i kości policzkowe nierzadko pokryte dwudniowym zarostem

    2. Opis szczegółowy: Dziwna sprawa, opisywać samego siebie. O ile nie dziwna, to trudna. Ciężko pozostawać obiektywnym w obliczu własnego ego. Skoncentrujesz się na wychwalaniu potężnej klaty i seksownego głosu, to będą cię mieli za zadufanego czubka. Zaś użalanie się nad sobą zrobi z ciebie kretyna i żałosną ofiarę losu. I jak tu człowiekowi dogodzić?
    Nieszczególnie dbam o wygląd. W lustro spoglądam przelotnie. Jak tylko zaczynam przypominać Jezusa (nie, nie Judasza. Judaszem jestem na co dzień), chwytam za maszynkę do golenia i usuwam zarost, w innym przypadku za pomocą różdżki lekko przycinam włosy. Nienawidzę fryzjerów. Taka trauma z dzieciństwa (no dobra, nie dzieciństwa – całkiem niedawno wolałem nie opuszczać dormitorium ze względu na moją fryzurę przywodzącą na myśl hełm, ewentualnie pieczarkę).
    W ciągu ostatnich kilku miesięcy całkiem podrosłem. Nie jestem, rzecz jasna, olbrzymem i w dobie wyrośniętych nastolatków plasuję się raczej w podkategorii średnich chłopców. Mierzę metr osiemdziesiąt od podłogi z kilkoma milimetrami. Sylwetkę mam dość wysportowaną. Byle podmuch wiatru mnie nie zmiecie, zostałem odpowiednio wyposażony w wyściółkę tłuszczową i masę mięśniową. Zawdzięczam to głównie lataniu na miotle, pływaniu i zimowym sportom – przede wszystkim nartom – tą pasją zaraził mnie ojciec. Pochłaniam duże ilości naraz jedzenia, ale dzięki aktywnemu trybie życia i szybkiemu metabolizmowi trudno dopatrzeć się w mojej sylwetce jakichś dowodów potwierdzających wilczy apetyt. Podobno mam sporych rozmiarów dłonie. Dziękuję za to Merlinowi, i dziękuję za długie palce – to naprawdę ułatwia grę na gitarze, wierzcie mi lub nie.
    Twarz mam pociągłą, nieco przybladłą, z mocno zarysowaną szczęką i kośćmi policzkowymi. Te ostre rysy nadają mi bardziej poważnego, agresywnego wizerunku, ukazują subtelną różnicę między chłopcem a mężczyzną. Ale to wrażenie szybko mija, w miarę dostrzeżenia przez rozmówcę moich wciąż dziecięcych oczu. Nie wiem co jest w nich takiego magicznego, ale nawet nie potraficie sobie wyobrazić min dziewczyn z równoległej klasy, gdy obrzucę je takim przeciągłym, pozornie znudzonym spojrzeniem. Nie wspomniałem o kolorze – niebieskie. Jasne, błękitne, wręcz lazurytowe (to mądre słowo podsunęła mi siostra). Nad nimi rysują się gęste brwi barwy hebanu. Nos mam nieco zadarty, proporcjonalny, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie żaden kartofel. Całkiem prościutki. Lubię go właśnie za tę typową przeciętność. Nieco niżej uplasowane są bladoróżowe usta, wiecznie spękane – wszystko przez moją nerwową przypadłość przygryzania warg.
    Przejdźmy do najbardziej charakterystycznej cechy Judasa Einharta - zęby. A raczej uśmiech. Co z tego, że śnieżnobiały, kiedy między jedynkami mam szparę. Ładniej to zabrzmi, jeżeli nazwę ją diastemą; właściwie to dość delikatna przerwa. Kiedyś próbowałem nawet zamaskować to cholerstwo, ale po nieudanych eksperymentach z różdżką zaakceptowałem swój znak rozpoznawczy. Spójrzcie chociażby na córkę Jaggera. Diastema wcale a wcale nie ujmuje tej dzierlatce uroku i wdzięku.
    Włosy. Nie sterczą zawadiacko, nie kręcą się uciążliwie, w zasadzie nie sprawiają mi większych problemów oprócz tego, że w zastraszająco szybkim tempie rosną. Czasem muszę odgarniać z czoła przydługą grzywkę wpadającą do oczu, odgarniać kosmyki zasłaniające twarz. Ale całkiem wygodnie się nimi potrząsa w trakcie ostrego grania na gitarze. Czy nie każdy rock’and’rollowiec ma długie włosy?! Zapomniałem wspomnieć o kolorze. Brązowy. Podejrzewam, że nie jesteście zaskoczeni.
    Mocny głos to jedna z moich największych zalet. Lubię śpiewać i nie potrzebuję mikrofonu czy jakiegoś sonorusa by mnie usłyszeć. Barwa podobno przypomina młodszą i świeższą wersję Eddiego Veddera. Siorka uparcie twierdzi, że to Kurt Cobain, ale kto tam ją wie.
    Co jeszcze chcecie wiedzieć? Nie lubię biżuterii, nie jestem fanem piercingu i tatuaży. Na nadgarstku mam tylko brązowy rzemyk, upleciony przez miłą koleżankę poznaną podczas obozu w Chorwacji. Nie wyróżniam się z tłumu – mój ubiór jest dosyć zwyczajny. Lubię wąskie spodnie, czarne t-shirty najczęściej z kontrowersyjnymi nadrukami lub logami starych zespołów. Mam niesamowitą słabość do flanelowych koszuli w kratę. Na stopy najczęściej wkładam znoszone trampki, w chłodniejsze dni martensy, pozostaję w pokojowych stosunkach ze sportowym obuwiem.
    Chyba nie muszę się zwierzać, jaką noszę bieliznę.
    Widzicie mnie na co dzień. No dalej, wystarczy wytężyć wzrok. Patrzę na ciebie i mrugam znacząco. Wciskam niedbale ręce w kieszenie i uśmiecham się leniwie. Naprawdę nie gryzę. Pierwszy zaczynam rozmowę. O tak, lubię mówić. A jeszcze bardziej gestykulować. Zapytajcie Sophii, nieraz dostała paluchem w oko.

    E. Charakter

    1. Opis charakteru: Cześć, nazywam się Judas Einhart, jestem homoseksualistą, jestem poganinem, jestem narkomanem i lubię pieprzyć grube świnie!
    No dobra, właściwie żadne z tego nie jest prawdą (i w tym miejscu pragnę zaprzeczyć wszelakim plotom jakoby włóczę się po zamku z przyćpanym wzrokiem – to nie ja, to Sophia!), ale to moje ulubione słowa wypowiedziane przez Kurta Cobaina. Mógłbym też powiedzieć, że jestem grungem, a skoro grunge to śmiecie, to jestem z tego dumny albo że nie jestem gejem, ale chciałbym być, żeby wkurzyć wszystkich homofonów. Ale po co? Znasz mnie, a ja Ciebie. Może czasem przemykam niezauważony, ze wzrokiem zawieszonym gdzieś w próżni, a przez umysł przewija mi się zapis pentatonik, tabulatur i nut. Komponuję, nucę, śpiewam, piszę, tańczę, śmieję się. Jest mi obojętne co myślisz na mój temat. Ja żyję we własnym świecie. Jestem przesiąknięty muzyką, a ona mną. Tak naprawdę… nie wiesz kim jestem. Przemykam jak duch przez dekadenckie bary, gdzie przelewają się hektolitry ognistej whisky i gdzie w stanie nie do końca trzeźwym trącam bezlitośnie struny gitary. Wydobywając z siebie nieokreślone wymioty werbalne, pękające w szwach od nadmiaru wulgarnych i ordynarnych słów, wywołuję uczucia zgoła odbiegające od współczucia i chęci pojednania. Mój umysł zamroczony napojami bogatymi w etanol nagle wyostrza się, zmysły stają się żywsze i barwniejsze. Postrzeganie świata jakby staje się łatwiejsze. Częściej niż czasem lubię wypić drinka, ewentualnie pięć. Prawdopodobnie piję piwo nawet wtedy kiedy śpię.
    Nikotyna przesiąka moje płuca. Są niczym gąbka wchłaniająca beznamiętnie wodę. Połykam wiatr, stojąc w gąszczu Zakazanego Lasu. Zachłystuję się powietrzem i odgarniam z twarzy ciężkie kosmyki ciemnych, splątanych włosów. Wyciągam paczkę cienkich papierosów. Palenie mnie uspokaja.
    Szturchasz mnie na lekcji eliksirów, gdy moja ciężka głowa powoli osuwa się i opada, zamroczona aromatycznym zapachem specyfików. Może to zmęczenie, zeszło-nocny kac, a może kolejna faza, bo wbrew pozorom najlepsze odurzające substancje podwędziliśmy z Sophią staremu Ślimakowi. Egzystuję na krawędzi jawy i snu, zmagam się z szarugą dnia codziennego, uśmiecham się spontanicznie do otaczających mnie bezbarwnych, jałowych twarz, przesiąkniętych znudzeniem i zarażających depresyjnym smutkiem. Ja chłonę chwilę, chwytam ją i bawię się jak dziecko. Nie chcę, by życie prześlizgnęło mi się przez palce. Chcę być pewien, że przeżyłem je w odpowiedni sposób.
    Może dlatego moje zachowanie nierzadko zakrawa o infantylność, nieodpowiedzialność i beztroskę? Bywam porywczy i niezrównoważony, podobno zachowuję się nieadekwatnie do sytuacji. Plotę trzy po trzy, czasem palnę coś niedorzecznego. Zwracaj się do mnie per Absurd. Wszystko we mnie jest absurdalne. Od dwóch, kolorowych i nie pasujących do siebie skarpetek po koszulę założoną na drugą stronę. Wbrew pozorom (i choć oboje nie chcemy się do tego przyznać) – mamy z Sophią wiele wspólnego. Prowokujemy, irytujemy, drażnimy. Nasza relacja opiera się na ciepłej rywalizacji: kto zada bardziej nieprzyzwoite pytanie, kto zakosi większą dawkę sproszkowanego rogu dwurożca Ślimakowi, kto po wypiciu siedmiu kolejek zatańczy gustowniej na stole. Wiadomo, musimy trzymać poziom na imprezach, bo trudno nam utrzymać pion (skumajcie!).
    Otwartość i prostolinijność czynią ze mnie człowieka ogólnie lubianego przez pospolitą szkolną masę. Jednak ja, chodzące indywiduum, abstrakcja, chaos, ambiwalencja, skrajne impertynenckie dziecko – przyjaciół nie potrzebuję, a przynajmniej takiż pogląd utrzymuję. Mój krąg znajomych ogranicza się do jednorazowych ziomków. Kim są jednorazowi ziomkowie? Wyjaśnię ci. Jednorazowym ziomkiem może zostać każdy, nawet ty. Nie znam twojego imienia, ale postawię ci drinka, jak wrzucisz coś do mojego futerału na gitarę. Spędzimy przyjemny wieczór w Świńskim Łbie, chwytając się za ramiona, kołysząc i wyśpiewując zbereźne pieśni. Porzucamy pustymi butelkami w barmana, połamiemy krzesła, zanosząc się głośnym, chuligańskim śmiechem. A gdy wyjdziemy z knajpy, odpalimy symbolicznego skręta i każdy odejdzie w swoją stronę, kiwając porozumiewawczo. Gdy wracam do różnych barów, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że barman mnie rozpozna – wtedy w popłochu osłaniam twarz rękoma, miaucząc i sycząc jak kot, gdy atakuje mnie rozzłoszczony potok wulgarnej reprymendy. Straty rekompensuję małym jam session i 15% zarobionej sumy oddaję właścicielowi lokalu.
    Wpadam w obłęd i niezdrowy szał, gdy coś nie idzie po mojej myśli. Przeistaczam się wtedy w buńczucznego chochlika, rzucającego talerzami w popłochu, tupiącego nogą z niezadowoleniem i wyrzucającego z siebie lawinę niesubordynowanych słów. Daję upust swojej nieujarzmionej, nieco bezczelnej naturze poprzez wyrażanie bezczelnych komentarzy, uwag-szpilek. Zazwyczaj mają one wydźwięk ironiczny, sarkastyczny i przesycony czarnym humorem, ale nie każdego rozmówcę to bawi. Zupełnie niezamierzenie ranię ludzi i wbijam im ostry sztylet w serce – niejednokrotnie powiem o jedno słowo za dużo, przez co muszę stawić czoło własnej dumie i dziwacznym sposobem próbować załagodzić spór. Jednak i moja cierpliwość ma granice, które bardzo łatwo przekroczyć – nigdy nie odchodzę z podkulonym ogonem, co najwyżej po nieudanej próbie egzaltowanych przeprosin zlinczuję i zrównuję polemistę z podłożem, tym razem zamierzenie.
    Jestem cholernie leniwy, najchętniej nie rozstawałbym się z różdżką. Chociaż nawet sprzątanie za pomocą zaklęć to dla mnie niewyobrażalna katorga. Moje dormitorium to jeden wielki syf. A właściwie moje łóżko, bo niestety, przywilejem posiadania własnego dormitorium jeszcze pochwalić się nie mogę (a szkoda). Jakkolwiek obserwując zachowanie moich współlokatorów odnoszę raczej wrażenie, że dzielenie ze mną pokoju nieszczególnie przypada im do gustu. Mając na uwadze późne powroty do sypialni, pijacki, chwiejny krok, głośne przyśpiewki, niepokojące odgłosy, aż w końcu dziwny chlupot i wdepnięcie jakiegoś śpiocha lewą nogą prosto w kałużę wymiocin – wcale im się nie dziwię. Wracając jednak do kwestii lenistwa; oczywiście ma to odzwierciedlenie w moich stopniach. Prześlizguję się z klasy do klasy, SUM-y też zdałem, ale tylko za sprawą a)pomocy uprzejmych koleżanek z ławek b)swojej wrodzonej, niebywałej inteligencji i geniuszu. Rzadko sięgam po literaturę, biblioteka mnie widzi tylko podczas szlabanów, gdy z zasępioną bibliotekarką porządkujemy potężne woluminy.
    Jestem Judaszem, ale to nie oznacza, że jestem fałszywy. Brzydzi mnie apokryficzność, fałsz, obłuda. Walę prosto z mostu, bawię się słowami, bywam krnąbrnym gnojkiem. Moje życie to nie wieczny teatr, nie przywdziewam przesiąkniętych hipokryzją masek na nos, nie pociągam też ludzi za sznurki jak marionetki. Jestem tylko sobą. A może aż sobą.
    Podczas rozmowy żywo gestykuluję. Może irytować cię moja impulsywność, gadatliwość, możesz spróbować mi to wytknąć… ale ja i tak nie dam ci dojść do słowa. Judas Einhart to krasomówca, mistrz prawienia komplementów i gładkiego prześlizgiwania się i wkradania w najmroczniejsze zakamarki słów. Uśmiecham się niefrasobliwie, bo wiem, że wybaczysz mi każdą wpadkę. Taki mój urok. Czasem mnie nie zrozumiesz. Słowa mnie gonią, mówię zbyt szybko, zbyt niezrozumiale. Mam własny tok rozumowania. Chowam w rękawie nonsensowne dowcipy.
    Stoczyć się do Malibu i narobić trochę szumu. Zapalić marihuanę z Anthony’m Kiedisem i wypić piwo z Lemmy’m KIlmisterem. Zatańczyć wokół grobu Jima Morrisona… być, a nie wyłącznie trwać.
    Czuję. Jestem. Żyję. Jeszcze o mnie usłyszysz. Myślę, że jestem głupi… albo może tylko szczęśliwy.


    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: Picie piwa. Dużo, dużo muzyki. Gitara. Hobbystycznie pianino. Gotowanie (jestem facetem i tak, umiem gotować!). Quidditch. Narty. Motoryzacja (jak skończę osiemnachę to robię prawko i koniec!). Konszachty z Irytkiem i włamy do gabinetu Ślimaka. Poza tym lubię mugoli.
    • Ulubione: Piwo. Merlinie, jak ja kocham piwo. Tarta z rabarbarem i budyniem własnoręcznie robiona (zupełnie (nie)skromnie napomknę, że w kunszcie domowych wypieków sprawdzam się znakomicie i lepiej niż własna matka! Mówię całkiem poważnie). Mój mentor to Kurt Cobain. Jaram się również murzyńskim bluesem (ukłony w szczególności w kierunku Raya Charlesa).
    • Inne: Nigdy nie grałem koncertu całkowicie na trzeźwo. Fajna ciekawostka, nie? Podobno bardzo szybko mówię, nadużywam charakterystycznych li tylko dla siebie słów (zauważysz gdy mnie bliżej poznasz!). Nie cierpię jak po imprezie mam całe uwalone buty. Ano i prawdopodobnie gotuję lepiej niż twoja i moja własna matka!


    F. Przeszłość:
    Już dawno przeminęła.


      Obecny czas to Pią Paź 20, 2017 10:56 pm