Annemarie Kurtz

    Share
    avatar
    Annemarie Heywood
    Administrator
    Drama Queen

    Liczba postów : 552
    Płeć : Female

    Annemarie Kurtz

    Pisanie by Annemarie Heywood on Nie Sie 12, 2012 5:50 am

    Annemarie Kurtz

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Annemarie
    2. Nazwisko: Kurtz
    3. Data urodzenia: 29 sierpnia 1989 roku
    4. Miejsce urodzenia: Cardiff, Walia
    5. Miejsce zamieszkania: Londyn
    6. Czystość krwi: szlamowata jakby to powiedzieli kiedyś, jestem mugolakiem, moi rodzice dowiedzieli się o magii pewnego pięknego poranka, kiedy to do naszego domu, podczas śniadania, wleciała sowa z wiadomym listem.

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina:

    Pierwszy rzut oka, taki szybki, widać porządną, angielską rodzinę. Wielki dom, ładny pokój, zakupione i podarowane w prezencie mieszkanie gdy osiągnęłam odpowiedni wiek. Jest tata, głowa rodu. Bruce, takie ma poważne imię, choć cały nie jest taki bardzo poważny. Nawet więcej, wśród towarzystwa uznawany jest za tego najśmieszniejszego, trochę błazna – lubi ludzi. Czasem lubi sobie wypić, choć będąc pijanym nigdy nie jest agresywny ani odrażający. Włącza mu się wtedy miłość do całego świata, mama tego nie znosi. Na drugi dzień zawsze się kłócą, nie lubię kiedy się kłócą, chowam się wtedy w swoim pokoju i udaję, że nie istnieję. Raczej – chowałam i udawałam, ciężko mi się przestawić, że mieszkam już sama.
    Oczywiście, mój ojciec ma też swoje ciemniejsze strony. Jest bardzo apodyktyczny, wszystko musi być tak jak on tego chce. Inaczej się obraża, chodzi i narzeka, typowy jedynak, próbuje wzbudzić w nas poczucie winy, mówi „lepiej byłoby wam beze mnie” czy „jedyne czego ode mnie chcecie to pieniądze”. Bolą mnie te słowa, nie lubię ich – ale jednocześnie tak bardzo chcę być sobą, on czasem tego nie rozumie. Ale wiem, że mnie kocha.
    Mama, mamę też posiadam. Nosi piękne imię, Sylvia, podobno moja babcia (nigdy jej nie znałam, podobno sama wychowywała moją mamę i były bardzo biedne) pasjonowała się poezją i szczególnie umiłowała sobie Sylvię Plath, stąd się wzięło – jak dla mnie niezbyt dobra wróżba. Jest kobietą, która już jakiś czas temu przekroczyła próg czterdziestki, ale mimo to nadal jest piękna, wygląda znacznie młodziej. Ubiera się ze smakiem, nie przesadza z makijażem, mam nadzieję starzeć się z podobną gracją. Lubi malować, gra też w polo, tenisa, pływa. Doskonale gotuje, jeden ruch jej dłoni starczy by zapanował porządek – tego, niestety, po niej nie odziedziczyłam, przez co toczę regularne wojny z jej pedantyzmem.
    Ma kochanka. Kiedyś wyznała mi to w przypływie niezwykłej szczerości. Nie wiem kim jest, nie chciała powiedzieć, jednak sama ta informacja wystarczyła by przyprawić mnie o mdłości. Kocham ją dalej tak jak kochałam, mocno, z całego serca - ale nie potrafię o tym zapomnieć. Łapię się na tym, że gdy spędzamy razem czas zastanawiam się kim jest. I leżąc w łóżku cały czas myślę o tym, czy dalej jest w jej życiu ten drugi mężczyzna, czy może już nie. To dla mnie wielki ciężar, największa tragedia mojego życia. Nie potrafię jednak nikomu o tym powiedzieć, choć tak bardzo bym chciała. Wykrzyczeć to komuś w twarz, jakby ta osoba mogła wymazać mi pamięć, natychmiast, od razu, albo – najlepiej – usunąć jego obecność. Żeby nigdy nie zaistniał w życiu mojej mamy.

    2. Pokrewieństwo: brak
    3. Status majątkowy: bogaty

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Dom Kruka
    2. Referencje zawodowe:
    Zawód, zawód, to taka śmieszna sprawa, bardzo śmieszna. Nie wiem kim będę w przyszłości – a mam tyle możliwości, w końcu nie ograniczają mnie żadne studia. W każdym momencie mogę rzucić swoje aktualne zajęcie i zacząć robić coś nowego, nic nie trzyma mnie w miejscu. Wiodę dobre życie, jestem tego świadoma. Wykorzystuję to jak tylko się da.
    3. Wykonywany zawód: stażyska w Szpitau Świętego Munga w dziale urazów pozaklęciowych
    4. Zarobki: średnie

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: Mniej niż metr sześćdziesiąt, w dowodzie mam wpisane metr pięćdziesiąt osiem, ale ja tak bardzo nie lubię niepełnych liczb – bo co to jest osiem? Tak brzydko brzmi.
    • Budowa ciała: Drobna, może dlatego, że nie lubię jeść. A może dlatego, że wymiotuję gdy jest mi źle/kiedy się boję/denerwuję/czuję, że za dużo zjadłam albo wypiłam.
    • Kolor oczu: Niebieskie. Przyśniło mi się ostatnio pytanie – czy wciąż wiemy jak wygląda niebieski?
    • Kolor włosów: Blond, bardzo jasny, choć nie farbowany.
    • Cechy charakterystyczne: Ciekawa garderoba, delikatne nadgarstki bądź też naprawdę ładne oczy. Lubię moje piegi. Nawet jeśli jestem pięć razy brzydsza niż w swojej głowie – nie muszę się martwić o brak zainteresowania.

    2. Opis szczegółowy:

    Zawsze podziwiałam te wszystkie modnie ubrane dziewczęta i chciałam być jedną z nich – potem chodziłam do sklepów, wydawałam pieniądze taty na tony ubrań, przez wieczór byłam szczęśliwa a potem otwierałam szafę z poczuciem, że nie mam się w co ubrać. Byłam taka nudna, niby to oryginalna, czasem aż popadająca w śmieszność, komizm czy przesadę, ale wciąż nic poza tym.
    Potem, nagle, z dnia na dzień, zaczęłam szukać siebie w miejscach dotąd mi nieznanych. Małych sklepach z odzieżą używaną bądź też, jak to modnie brzmi, odzieżą vintage, z dala od sieciowych sklepów czy modnych katalogów. Kupiłam swoje wymarzone botki o kolorze miętowym, kilka zwiewnych spódnic i sukienek, oryginalne kolczyki. I nagle, któregoś dnia spojrzałam w lustro i zobaczyłam w nim człowieka którym zawsze chciałam być. Siebie – niewysoką, drobną (zawsze lubiłam to, że nie jestem duża. Może dlatego, że przeczytałam kiedyś iż osoby wysokie częściej chorują na nowotwory, bo mają więcej komórek które rak może zaatakować, a może dlatego, że nie miałam problemów z wygodnym ułożeniem się nawet na najmniejszych przestrzeniach i na dodatek żaden chłopiec nie był dla mnie za niski) osóbkę o długich włosach w delikatnej spódnicy z czarnego, delikatnego materiału, kolorowej, nieco prześwitującej koszulowej bluzeczce z kołnierzykiem i wysokich butach. Przypominałam wszystkie blogerki które do tej pory podziwiałam z daleka, byłam nawet, w swoim mniemaniu, lepsza od nich. Ładniejsza, tak, uważam się za ładną a zainteresowanie chłopców sprawia, że sceptycznie podchodzę do plotki o tym, że mamy się za pięć razy bardziej urodziwych niźli jesteśmy w rzeczywistości. Nie wiem co najbardziej lubię w swoim wyglądzie, może niebieskie oczy? Są ładne. Kiedyś zaczepiła mnie staruszka w metrze i powiedziała, że nigdy nie widziała piękniejszych oczu. Byłam jej niezwykle wdzięczna, miałam wtedy gorszy humor a ona sprawiła, że uśmiechnęłam się tak szeroko.
    Robi mi się dołeczek w policzku gdy się uśmiecham.
    Lubię też swoje nadgarstki. Albo pęciny – to takie śmieszne słowo, ale naprawdę za nimi przepadam. Jak na osobę tak małych gabarytów mam naprawdę ładne nogi. Moje ciało to tak jakby głowa i nogi, jak byłam znacznie młodsza, jeszcze bezkształtna, nazywano mnie pieszczotliwie głowonogiem.
    Rzeczywiście (wiście rzeczy), najbardziej lubię jednak te swoje nadgarstki. To trochę śmieszne, a i owszem, ale uważam, że są naprawdę ładne. Takie… delikatne. To bez wątpienia najbardziej delikatna część mojej osoby, choć to słowo całkiem nieźle definiuje mnie całą. Kiedyś mnie to denerwowało, teraz cieszę się, że wyglądam na młodszą niż mam wpisane w metryce (mój wygląd dostosował się do poziomu rozwoju inteligencji emocjonalnej, chwała mu za to). Więcej uchodzi mi płazem – ludzie lgną do mnie, uważają mnie za uroczą. Szczególnie ci starsi, często jestem zaczepiana na przystankach (mogłabym prowadzić, kocham jednak komunikację miejską) przez babunie i dziadków, którzy najpierw pytają o metro czy autobus, a potem zaczynają opowiadać. I ja jestem miła dla nich, może dlatego, że sama nigdy nie miałam ani babci, ani dziadunia? Czasami dostaję nawet prezenty, na przykład cukierki. Najczęściej niedobre miętusy na kaszel, ale i tak przyjmuje, z uśmiechem wkładam je do ust.
    Mówią – jedz na zdrowie, żebyś urosła wielka.
    A ja uśmiecham się, nie mówię im, że jestem już raczej za stara, więcej nie urosnę – ale przecież mam swoje kochane platformy, słupki, szpilki…
    I choć chodzenie w wysokich butach jest bardzo niewygodne, staram się oszukać samą siebie mówiąc, że kiedyś się przyzwyczaję, stopy przestaną boleć. Jak na razie w ogromnej, zielonej torbie którą zawsze mam przy sobie, noszę jakieś płaskie obuwie, na zmianę. Doświadczenie uczy, że i tak najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Podobno potrzeba nie więcej niż dwóch sekund by się zakochać, tyle potrafię wytrzymać w swoich botkach.


    E. Charakter

    1. Opis charakteru:

    Czy nie masz czasem wrażenia, że wiecznie uciekamy? Przed wszystkim, dorosłością, przeszłością, przyszłością, wszelkimi czasami złożonymi, trudnymi decyzjami. Mamimy się młodością, licem bez zmarszczek, jak Matrę powtarzając „mamy jeszcze czas”. Mamy jeszcze czas, nie musimy wiedzieć kim będziemy w za lat dziesięć czy piętnaście, kiedy dorośniemy.
    Nie wiem kim zostanę gdy będę już duża. Przez głowę przelatuje mi tyle sprzecznych obrazów – najlepsze kosmetyki i szafa pełna najmodniejszych ubrań, a jednocześnie brak męczącej pracy za biurkiem. Podróże po całym świecie skontrastowane z domem o klatce schodowej zrobionej z jasnego drewna. Życie tętniące w rytmie wielkiego miasta a spokój i cisza, wieczory z kieliszkiem wina oraz książką w ręku. Rodzina – to śmieszy mnie najbardziej. Kochać, potrafię kochać. Tak mocno, do krwi, kości, ale – krótkotrwale. Moje uczucia są niczym pochodnia, choć płoną pięknym ogniem, aż na zabój, szybko się wypalają.
    Zawsze odchodzę jako pierwsza. To mniej boli, nie boli w ogóle, tylko czasami leżąc w łóżku/na trawie/na szczycie kilkunastopiętrowego budynku/dachu wiejskiej chatki zastanawiam się co dzieje się z ludźmi, których spotkałam na swojej drodze. Twarze, tyle twarzy, pięknych twarzy, tyle różnych historii. I wspomnień, tych miłych. Urywek, jakby scen z filmów.
    W mojej głowie siedzi wiele różnych scen, dziwnych i dziwniejszych, tyle różnych wizji. Moja głowa pełna jest wyobrażeń, czasem zatracam się w świecie imaginacji, tracę rozpoznanie – to, co rzeczywiste wydaje mi się miej realne od świata snów. Ten wielki potencjał rozsadza mi głowę, wierzę głęboko, że kiedyś będę potrafiła ubrać go w słowa, przelać na papier, że zachwycę nim świat, powalę na kolana – stanę się kimś, kimś wielkim, o kim będą pisać książki i uczyć w szkołach dzieci. Chciałabym, by czekała na mnie niesamowita, świetlana przyszłość, ale na chwilę obecną nie potrafię z tym nic zrobić.
    Czasami denerwuje mnie marazm w jaki wpadam, boję się go. Leżę wtedy całymi dniami w łóżku, balansując między snem a snem na jawie, nie potrzebuję otumaniaczy by wędrować pomiędzy ramionami Morfeusza a własnymi wyobrażeniami. Może nawet nieświadomie opanowałam technikę świadomego snu?
    Moja mama zawsze denerwuje się i krzyczy mówiąc, że chodzę – tu zacytuję – jak naćpana.
    Nie wiem, nie wiem co lubię. Wiem za to czego nie lubię – nie lubię tłumów, nie lubię mówić, nie za dużo, nie lubię rodzinnych wycieczek, robaków, spędzania czasu na łonie natury (choć kocham gwiazdy, gwiazdy w swojej nierzeczywistości są tak piękne) , nie lubię jeść – choć czasem łapie mnie głód i wtedy zajadam się wszystkim co popadnie, najlepiej by było słodkie, nie lubię ćwiczyć, nie lubię się tłumaczyć, nie lubię rozmawiać o uczuciach, szczególnie swoich. Nie lubię się na siłę dostosowywać – życie mam tylko jedno, jedno tylko i wyłącznie, przynajmniej tym karmiono mnie od dzieciństwa. Więc skoro mój czas wciąż się kurczy, dlaczego mam podporządkowywać się regułom, które mi nie pasują? Wolę, usilnie, uparcie niczym wół, z uporem maniaka, naginać świat do własnych zapotrzebowań. Bo, przykładowo, kocham spać – ale w dzień, noc jest najpiękniejszą porą dnia, właśnie wtedy najlepiej mi się myśli, kocha, je, słucha muzyki, sprząta – po prostu żyje. Kocham patrzeć na wstające słońce. Właśnie – słońce, nie lubię go. Bo parzy moją skórę, oślepia, sprawia, że jest gorąco. Wolę kiedy pada deszcz. Shirley Manson śpiewała kiedyś „I’m only happy when it rains”, mogłoby to posłużyć za moje życiowe motto. Jedno z wielu. Często słysząc różne cytaty myślę „o, to mogłoby być moje życiowe motto”, ale potem, niestety, zapominam o nich. Tak bardzo chciałabym pamiętać o wszystkim, mam nawet specjalny notes i pióro, zawsze w torebce, są piękne – obiecałam sobie, że będę zapisywać tam rzeczy o których chce pamiętać, pomysły jakich nie mogę zapomnieć a nawet wydarzenia, których nie chcę przegapić – jak zwykle nic z tego nie wyszło.
    Często coś mi nie wychodzi, stawiam sobie cele, snuję górnolotne plany, obiecuję tak wiele – a potem, po prostu, nic z tego nie ma. I co najlepsze/dziwniejsze/najsmutniejsze, w ogóle się tym nie przejmuję.
    Mogłabym być lepszym człowiekiem – ale nie chcę. Nie chcę się zmieniać, najwygodniej mi tak jak jest. Nie wiem czy lubię siebie, nie wiem czy lubię być sobą. Wiem tylko, że nie potrafię być kimkolwiek innym.


    2. Ciekawostki:

    Każdy dzień zaczynam od piosenki - towarzyszy mi podczas ubierania się, czasem udaję, że śpiewam, zabawnie się przy tym ruszając. Nucę ją w drodze do metra, nucę podczas pracy. Prosty sposób na zapewnienie sobie dobrego humoru przez cały dzień.

    • Zainteresowania: Okultyzm, ale nie jakaś czarna magia, ale ten pochodzący od króla Salomona, czytam też mądre, filozoficzne książki, chodzę na różne religijne festiwale, lubię Żydów, judaizm i kabałę. Kino, chadzam sama na filmy. Spanie. Moda!
    • Ulubione: Moje łóżko, wielkie i miękkie, poduszki i koc, puchaty, nie przepadam za spaniem pod kołdrą. Słodycze, sorbet truskawkowy, maliny. Muzyka, elektronika, Internet, wiedza. Herbata, nigdy kawa, czasami papierosy.
    • Inne: Mam kota, kota na rozgrzanym dachu mojej głowy. Marzy mi się tatuaż, ale boję się igieł, śpiewam pod prysznicem, kocham długie kąpiele podczas których moczę książki. Budzę się grubo popołudniu, kiedy słońce już nie świeci tak mocno. Nigdy nie noszę ze sobą parasola – zawsze moknę. Nie zdałam egzaminu na teleportację i wcale tego nie żałuję.

    F. Przeszłość
    Historia, historie, z historiami. Nie osiągnęłam jeszcze niczego czym można się chwalić, jestem nikim, choć całkiem sporo zna moje imię, teraz, na chwilę. Jestem codziennością, zieloną herbatą z jaśminem, słodkim wafelkiem, gofrem z truskawkami, naleśnikiem z przyrożnej budki – jestem chwilą, teraźniejszością.
    Nie myślę o przeszłości.
    Składam się z tysięcy oderwanych od siebie obrazów, setek scen które mogłoby być filmowymi, przez moją głowę przepłynęły miliony słów, nie wszystkie zapamiętałam, choć większość z nich w jakiś sposób zapisała się w mej pamięci.
    Twarze, tyle twarzy, codziennie na ulicy mijam tylu ludzi, każdy z nich po części jest mną i moją historią.
    Nie pamiętam o przyszłości.


      Obecny czas to Sro Wrz 20, 2017 3:25 am