Lulu Fitzgerald

    Share
    avatar
    Lulu Fitzgerald
    Administrator

    Liczba postów : 725
    Płeć : Female

    Lulu Fitzgerald

    Pisanie by Lulu Fitzgerald on Sro Sie 15, 2012 4:10 pm

    Lulu Fitzgerald

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Louise Francess
    2. Nazwisko: Fitzgerlad
    3. Data urodzenia: 29 grudnia 1989r.
    4. Miejsce urodzenia: Liverpool
    5. Miejsce zamieszkania: Londyn
    6. Czystość krwi: półkrwi

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina: Moja matka ma na imię Alicja i kiedy wyznała ojcu, że jest czarownicą, powiedzieli sobie „do widzenia”.
    W tej historii nie ma żadnego morału czy drugiego dna, pewnych rzeczy nie da się po prostu przeskoczyć czy obejść, najwyraźniej chowana przez matkę tajemnica była zbyt dużą przeszkodą dla mojego ojca. Chyba nigdy nie czułam do nich żalu powodowanego tą sytuacją, może gdy miałam te kilka lat myślałam, że to szkoda, że nie będziemy się widywać częściej. Właściwie, niewiele z tego pamiętam.
    Nawet nie wiem, czy wzięli ze sobą ślub.
    W każdym razie – jestem, a raczej byłam ja, teraz jest mój ojciec. Na poddaszu w Liverpoolu, ja w swoim pokoju, on w sypialni z ogromnym łóżkiem. Teraz ma czterdzieści siedem lat i chyba niedawno rozstał się ze swoją kobietą. Nie wiem dokładnie, bo nie utrzymujemy ze sobą kontaktu szczególnie bliskiego, na Facebooku nawet nie mamy zaznaczonej relacji „córka-ojciec” i nie zostawiamy sobie żenujących komentarzy z okazji urodzin. On myśli, że bardzo bym się wstydziła przed znajomymi dostając publiczne wiadomości od ojca. Ja myślę, że przed nowo poznanymi kobietami udaje, że nie ma dziecka.
    Co roku na święta i na urodziny (choć to właściwie zbiega się z czasem, przyjmijmy więc, że na święta, wtedy w końcu otrzymuję paczkę) daje mi dużo koszul: w prążki i czyste, głównie białe, choć zdarzają się też błękitne. To chyba jedyne, co o mnie wie – że lubię chodzić po domu w koszulach, takich za dużych i nie damskich (udaję przed sobą samą, że mam chłopaka), więc kiedy jest ku temu okazja, kupuje mi ich bardzo wiele.
    Strasznie mu zazdroszczę, ja nigdy nie wiem, co powinnam mu dać.
    Ma na imię Frank.
    2. Pokrewieństwo: żadne
    3. Status majątkowy: przeciętny

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Hogwart, Ravenclaw 
    2. Referencje zawodowe: Kiedy sowa przyniosła mi wyniki Owutemów – dla ciekawych, nie były wcale rewelacyjne, nigdy nie poświęcałam wiele czasu na zapamiętywanie kolejnych nazw korzeni roślin – mój kontakt z magią natychmiast się urwał. Nie wydawałam się osobą ani zaciekawioną, ani (co chyba ważniejsze dla potencjalnych pracodawców) kompetentną, jeśli chodziło o zajęcia równie istotne, jak podawanie kawy szefowi, za często potykałam się o próg drzwi. Przez rok obijałam się, nie wiedząc właściwie co ze sobą zrobić, przesiedziałam chyba więcej czasu w Korovie niż we własnym domu, aż w końcu zapisałam się na foundation, bazgrałam przez pół roku po kartce (albo i kartkach), poszłam na rozmowę i jakoś tak wyszło, wzięli mnie, aktualnie studiuję product design w University od the Arts London, na Central Saint Martins. Pan, który prowadził ze mną rozmowę, nawet słowem nie wspomniał o jakimś podtekście seksualnym, który miałby mi pomóc. Straszna szkoda, wyraźnie nie jestem w jego typie.
    Zapomniałabym – mam kurs barmański. To strasznie ważne.
    3. Wykonywany zawód: Dorywczo stoję za barem w jakiejś londyńskiej podróbie mej Korovy.
    4. Zarobki: niskie

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: bardzo średni, choć nie wiem ile – nie sięgam do najwyższych półek z alkoholami
    • Budowa ciała: normalna do bólu
    • Kolor oczu: burozielone
    • Kolor włosów: brązowe
    • Cechy charakterystyczne: żadnych

    2. Opis szczegółowy: Nie mam pojęcia od czego zacząć.
    Wszystko przez to, że nie ma we mnie nic charakterystycznego, co wymagałoby szczegółowego opisu czy indywidualnego podejścia do sprawy. Tymczasem: dwoje oczu, nos, buzia, ręce i nogi. Jestem przeciętna do bólu. Sylwetka, jak sylwetka, nie mam problemów z dopięciem spodni, piersi też nie wylewają mi się z biustonosza. Bardzo nie lubię koronkowych staników, w ogóle do mnie nie pasują. Kiedyś mierzyłam jeden, w lustrze przymierzalni wyglądałam jak nieśmieszny żart, nieudolnie starając się być ponętną. To słowo bardzo mnie nie określa, jego antonim powinien chyba brzmieć „Lulu”, czerwone usta i te sprawy – to nie ja. Twarz mam z gatunku takich, o których nie możesz powiedzieć, że jest brzydka, ale to tylko sprawia, że w ogóle nie wyróżniam się z tłumu. Wzrok zatrzymujesz na tych, którzy urodą nie grzeszą, też na takich, którzy powinni całe swe życie spędzić w konfesjonale, ja za to prześlizguję się gdzieś obok. Nic charakterystycznego, nawet żadnego większego pryszcza, który mógłby służyć za znak rozpoznawczy, żadnego pieprzyka na Monroe. Kiedyś chciałam mieć brodawkę, jak prawdziwa czarownica, zanim jednak udało mi się ją wyczarować, okazało się, że ta magia w moich rękach to też nieśmieszny żart.
    Moje życie jest tak strasznie nieśmieszne i zajmujące jak podrzędny kabaret wyświetlany na siódmym kanale gdzieś w środku nocy.
    Co do mojego obycia, jest jako-takie. Włosy, by nie wpadały mi do oczu, najczęściej wiążę w warkocz (do końca dnia zdąży już sprawić porządne wrażenie niechlujnego) lub w niedbały kok z tyłu głowy, który moi znajomi ze szkoły nazywają cebulką. Jakoś przeszłam nad faktem posiadania warzywa na głowie do porządku dziennego, powiem szczerze: można z tym żyć. W tłumie jakoś nie przyciągam uwagi, w Londynie naprawdę dużo jest ekscentrycznych osobowości, które chyba wyrażają samych siebie swym ubiorem. Po części i ja to robię, nie wyglądając w ogóle specjalnie; przechodząc korytarzem w szkole na pewno nie wyróżnię się strojem. Butów jest dużo, baletki, trampki, skórzane i espadryle, za kostkę i wyższe, creepersy i kalosze. Tych na obcasie mam również sporo, ale nie lubię szpilek – poza tym, nie potrafię w nich chodzić. W szafie raczej nie mam żadnych must have'ów, podejrzewam, że w małej czarnej byłabym jakąś smutną parodią Audrey Hepburn czy innej kobiety kobiecej (trzydziestoletniej, dodałby Balzac). Są spodnie zawijane gdzieś nad kostką, skarpetki wystające z butów, wielkie swetry i spódniczki, koszule szyfonowe i dużo wełny zimą. Nie lubię chłodu, tysiące warstw wszystkiego i mnożone iksy przy „L”, wyglądam bardzo zwyczajnie, nikt nie powie o mnie „hipster”. W ogóle – co znaczy hipster też do końca nie wiem, kiedyś tym słowem określaliśmy tych wszystkich shoreditch gays w obcisłych spodniach, ale kiedy nagle na ulicach znalazło się więcej facetów o nogach lepszych od moich, już tak o nich nie mówiliśmy. Wtedy zaczęła się zupełna ruletka, kiedy to słowo słyszałam praktycznie co chwila, już nawet nie wiedziałam, czy mam patrzeć na okulary w grubych oprawkach czy na całą kolekcję Blackmilka i Topshopu. Dzisiaj nazywamy tak tych, którzy mają na sobie ubrania zupełnie do siebie nie pasujące, ale nie radziłabym kierować się moją definicją hipsterstwa – za dwa dni będzie strasznie nieaktualna.
    Z całej garderoby największą uwagę przykładam do tego, co noszę w domu. Całymi dniami mogę prasować kolekcję koszul, które dostaję w prezencie od ojca od kilku dobrych lat.

    E. Charakter

    1. Opis charakteru: Nie mam pojęcia co znaczy słowo „charakter”. Może jedynie ogólne, zbiór zachowań i jakiś ogólnych upodobań, wtedy wiem jedno: mój charakter nie jest trudny, mój charakter jest chujowy.
    Mogę przedstawić się ludziom jednym zdaniem i nie będzie potrzeba żadnych dopowiedzeń. Cześć, nazywam się Lulu, mam dwadzieścia dwa lata, studiuję product design, lubię alkohol i narkotyki, a czasami zdarza mi się stanąć za barem. Cała reszta to zbiór jakiś przyzwyczajeń, dziwnych nawyków i rzeczy tak bardzo nieciekawych, że zbrodnią byłoby tracić słowa na ich przedstawianie całej rzeszy postronnych. W końcu tak strasznie wielu jest ludzi zaciekawionych moją osobą. Tak naprawdę nie jestem nikim wyjątkowym, mogę być mdła i bezbarwna, to nieprawda, że każdy jest inny i oryginalny, to nieprawda, że każdy jest kimś, więcej jest na świecie kser, niż oryginałów. Na pęczki wokół takich jak ja, jak jakieś marne odbicie tego, co kiedyś mogło mieć jakiś kształt. Jestem bardzo niewyraźna i nieokreślona. Jestem tym, co się stanie, gdy do jednego worka wrzucisz zbyt wiele trudnych słów.
    Nie czuję żadnego bólu świata, bo świat wcale mnie nie boli – gdyby tak było, mogłabym już chyba tylko zapłakać w jakimś kącie. Nudzi i przytłacza swoją szarością, ale właściwie istnieje bardziej obok mnie, niż współistotnie, jakby był tylko tłem dłużącego się filmu ze mną w roli głównej. Nie nadaję się na to miejsce, prędzej jestem z gatunku tych, którym trafia się rola Sida w Epoce Lodowcowej – ma rozśmieszyć widza przez dwie sekundy, całe dwie sekundy w półtoragodzinnym seansie, to nawet pół procenta w produkcji. Jestem kwintesencją żartu, która pojawia się na chwilę w ostatniej scenie każdego sit-comu, nie wnosi nic do fabuły, pozwala rozerwać się jeszcze przez chwilę i... no i tyle, właściwie. Nic więcej, żadnych wygórowanych oczekiwań.
    Niezbyt lubię też ludzi, zazwyczaj nie mają do powiedzenia wiele ciekawego – za szybko ustępują i nudzą się prowadzoną zabawą. Nie izoluję się jednak, właściwie trochę szkoda, może wtedy cokolwiek nabrałoby większego sensu, bez steku bzdur i nieprawd, które padają z moich ust. Bardzo lubię kłamać, chociaż nie mam czego taić – gdyby ktoś mnie poprosił, chyba opowiedziałabym mu wszystko szczegółowo, bez żadnych komentarzy okraszonych moim subiektywnym odbiorem sytuacji. W kłamaniu jednak jest coś takiego, co pcha mnie dalej, jakaś namiastka ryzyka, gdy pani w sklepie powiem, że w worku mam bułki trzy, a nie cztery, albo gdy na pytanie kiedy ostatni raz się kochałam odpowiem że wcześniej, niż później. Nienawidzę słowa „kochać się”, przynajmniej nie w tym ujęciu – ja uprawiam seks, nie wiem, rżnę się, cokolwiek, to bardzo głupie wiązać przyjemności z uczuciami. To tak, jakbym nie mogła zjeść makaronu, bo ktoś mnie wkurwił. Uwielbiam makaron. Co ma jedno do drugiego?
    Nie do końca wiem, na czym polega wulgarność – bo chyba jednak nie na słowach powszechnie uznanych za brzydkie. Jeśli tak, jestem wulgarna, chyba nawet bardzo, bo nie robią one na mnie wielkiego wrażenia, panie lekkich obyczajów nie pełnią co prawda roli przecinków, ale dlaczego by miały? Mówię w sposób, w który mówić przywykłam, nie zmieniam go w zależności od tego, gdzie trafię, choć muszę przyznać, że i rzadko ogrom myśli jest w stanie przepłynąć przez usta. Moja wulgarność nie polega więc chyba na innym słownictwie, raczej na braku wstydu przed tym, o czym myślę. Ludzie lubią kreować się na innych, ubierać wszystko w super wyważone i piękne słowa, mnie zaś – zwyczajnie się nie chce. Oblewa mnie zimny pot na myśl, jak długi czas zajmowałoby mi wtedy wypowiedzenie choć zdania; musiałabym nosić pod ręką słownik synonimów.
    Nie lubię poznawać nowych ludzi, w towarzystwie tych, których znam, obracam się całkiem swobodnie, nie trzeba mi wielkiej gromady ciekawych twarzy. Wszystko to jest tak mozolne, strasznie identyczne, zupełnie jakby zadawali ten sam zestaw pytań, może jedynie w innej kolejności. Jak długi czas minie kiedy na przywitanie cmokniemy się w policzek, a nie podamy sobie ręce, po której randce można zabrać cię do łóżka, po ilu spotkaniach nie wyjawisz zdradzonego ci sekretu... śmiechu warta komedia, komedia z aktorami naprawdę najlepszymi – bo niezdającymi sobie sprawy z trwania filmu. I pieprzyć Szekspira, świat nie jest mi żadnym teatrem, mozolny proces zyskiwania nowych przyjaźni – oczywiście na całe życie – początkowo wprawia mnie w wielkie rozbawienie, potem smutek. Nie lubię potrzebować dzielić się sekretami z innymi, dlatego też – nie mam sekretów. Nie łamię żadnych konwenansów, swoich zasad, wyjawiając ci to i owo przy pierwszym słowie – ze mnie nie zedrzesz żadnej tajemnicy.
    Czasami ludzie bardzo, bardzo głupi proszą mnie o opisanie się w trzech słowach. Mówię wtedy „gorycz” i „kiepski żart”, a kiedy pytają o trzeci rzeczownik pytam, czy potrafią liczyć. Gdyby chcieli, może dodałabym „ironia”, ale wszystko to razem jest połączeniem naprawdę smutnym. Słowo „smutny”, odmienione przez wszystkie przypadki, towarzyszy mi naprawdę codziennie i zdaje się równie dobrze definiuje moje życie.
    Nie wykreślam niczego ze swojego słownika. Nie staram się na siłę unikać tego, co bardzo naturalne, „może”, „chyba”, „nie wiem”, nie boję się tych wyrażeń. Nie ma słów dużych i małych, wszystkie są takie same, podobnie jak zobowiązania wobec tych, których znasz lat pięć, a tych, których dopiero co minąłeś na ulicy.
    Czasami marzę o wystrzelaniu połowy świata, szybko mi jednak przechodzi, zbyt dobrze znam swoje zdolności i jestem pewna, że władanie jakimś pistoletem bardzo poza nie wykracza.
    Czasami myślę, że to już koniec i na zawsze zostanę na swoim materacu. Jest jedna rzecz, naprawdę jedyna, która pcha mnie dalej.
    Chyba bardziej mokra robię się na myśl o tym, że ktoś może jeść zupę zaprojektowaną przeze mnie łyżką, niż gdy jakiś mężczyzna wsadza mi rękę pomiędzy nogi.
    Co do mężczyzn to bardzo nie lubię tych, którzy kończyny mają chudsze niż ja, lico jakby bardziej gładkie i włos nie aż tak rozwiany. Nie lubię smrodu ani fal tłuszczu większych niż mój biust, ale poza tym jest mi już chyba wszystko jedno. Najbardziej na całym świecie lubię alkohol i narkotyki, wino może być czerwone i białe, ale mam jedną zasadę – nie połykam połówek pigułek. Nigdy nie wiesz, kto jadł wcześniej z tego talerza.
    Nie lubię słowa „zniszczenie”, bo niczego nie niszczę – żadnej siebie czy budowanego w twoich oczach obrazu. Czasami, kiedy mam czas i ochotę, oddaję się czynnościom wcale nie zgubnym, jeśli chcę to razem ze mną posiedzi wtedy znajomy pierwszy lub drugi, koleżanka albo jej pies. Chyba nic nie muszę, nie mówię na pewno, bo właściwie nie wiem. Głośna muzyka mnie nie bawi, tańczenie z innymi ludźmi nie sprawia w ogóle przyjemności, mogę sobie najwyżej posiedzieć.
    Strasznie lubię siedzieć.

    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: Jedyne co mnie interesuje to kierunek moich studiów i możliwości z nim związane, cała reszta to naprędce wyssany z palca stek bzdur, który kilka lat temu wpisałam w CV.
    • Ulubione: Korova Bar w Liverpoolu, makaron, mleko z dodatkami, miodowy płyn pod prysznic, używki, męskie koszule, Krym, liście, okładki płyt, studnie, prążkowane rajstopy.
    • Inne: Mam kamerę. Jedną większą i kilka bardzo małych, takich, które można schować przy broszce albo w naszyjniku. Filmuję wszystko i zawsze, chodzę i naruszam waszą prywatność, w mieszkaniu poukrywane czają się kolejne obiektywy. Kręcę nawet swój niespokojny oddech przez sen, zbieram tysiące kaset po półkach, nie oglądając prawie w ogóle. Nie wiem dlaczego.

    F. Przeszłość 

    Z tatą żyło mi się bardzo dobrze. W ogóle nie chciałam iść do Hogwartu.
    Na początku był to bardzo smutny obowiązek i poczucie zupełnego odizolowania od zgrai rówieśników. Co najgorsze – nie mogłam im powiedzieć prawdy, sama nie wiem do tej pory dlaczego, jak gdyby ta informacja miała wywrócić ich świat do góry nogami. Kiedy byłam mała mówiłam im, że moja mama jest czarownicą. Wtedy pytały, gdzie jest moja mama, a ja mówiłam: mojej mamy nie ma.
    To było trochę jak trąd, czy inna kiła, o której nie można mówić nikomu, a która powoduje, że nagle znikasz z pola widzenia i zasłaniasz się jakimiś słabymi wymówkami. Ja jeździłam do szkoły w Londynie, szkoda tylko, że gdy potem widzieliśmy się podczas przerw świątecznych, nie potrafiłam odpowiedzieć na najprostsze pytania: gdzie leżą Czechy albo jak rozszerza się ułamki. W ich oczach urosłam na naprawdę dużą idiotkę.
    Nie mam pojęcia dlaczego Tiara przydzieliła mnie do Ravenclawu, dziś uważam, że moje miejsce powinno być pomiędzy żółtymi Puchonami. Nigdy jednak nie bolało mnie to w znaczny sposób, na pewno przednią rozrywką były rozmowy z moim wejściem do dormitorium. Nigdy w życiu nie znalazłam lepszego rozmówcy.
    Im dalej szła ta moja magiczna edukacja, tym częściej byłam w domu. Ojcu mogłam opowiadać dużo o jakiś magicznych świętach czy innych festiwalach, i tak nie miał o tym żadnego pojęcia, poza tym – nieszczególnie przejąłby się moją dezercją. Dużo czasu spędzałam z ludźmi z okolicy, częściej goszcząc w Korovie, niż szkolnej jadalni. Piłam mleko z różnymi dodatkami, słuchałam muzyki i miałam przed kim chodzić w koszulach.
    Gdy teraz o tym myślę, wiem, że strasznie nie lubię Liverpoolu. To miasto jest bardzo smutne i brudne, po większości ulic lepiej nie chodzić pojedynczo. Najsmutniejsze chyba jest jednak to, że to tam pasuję najbardziej.



      Obecny czas to Pon Gru 18, 2017 1:47 pm