Harley-Jane Boucher

    Share
    avatar
    Harley-Jane Boucher

    Liczba postów : 320
    Płeć : Female

    Harley-Jane Boucher

    Pisanie by Harley-Jane Boucher on Sro Wrz 05, 2012 1:11 pm

    Harley-Jane Boucher

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Harley-Jane
    2. Nazwisko: Boucher
    3. Data urodzenia: 18 lipca 1989
    4. Miejsce urodzenia: Londyn
    5. Miejsce zamieszkania: nadal Londyn
    6. Czystość krwi: nie wdrażajmy się w moje drzewo genealogiczne – bardziej brudna niż czysta

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina: Istnieje dla mnie, kiedy mam taki kaprys, czasami przez miesiąc nie daję znaku życia, by nagle odrodzić się jak feniks z popiołów. Tak naprawdę jednak kocham ich całym sercem, choć nigdy im tego nie mówię. Ale to matka nosiła mnie w brzuchu przez osiem miesięcy. Miałam urodzić się w sierpniu – jak kiedyś odkryłam, dokładnie siedem i pół miesiąca po ślubie moich rodziców. Od dawna wiedziałam, że przed ślubem byli ze sobą niespełna rok, uwielbiali o tym napominać, w końcu odważyłam postawić się to pytanie, czy to ja stałam się pretekstem zawarcia ich związku. Oboje zapewnili mnie, że zaobrączkowanie się zaplanowali wcześniej jak powiększanie rodziny. Tak, ze zdziwieniem odkryłam, że byłam p l a n o w a n y m dzieckiem.
    Z perspektywy czasu niesamowicie im zazdroszczę. Nigdy nie nakryłam ich razem, ale wystarczy, że widzę, jak na siebie spoglądają podczas wspólnej kolacji, bo domyśleć się, co będzie później. Chociaż słyszałam to już dziesiątki razy, uwielbiam słuchać o tym, jak ojciec spędził noc pod drzwiami swoich przyszłych teściów, odprowadziwszy mamę po prywatce, na której się poznali. Nie mogę uwierzyć w to, że zanim pojawiła się Jane (tak, jeden z członów imienia zawdzięczam rodzicielce – i chyba teraz już nietrudno domyślić się, jak nazywa się mój ojciec), Harley był związany z inną kobietą przez pięć lat, rzecz jasna nieformalnie. Zawsze powtarzał, że nie lubił czuć się ograniczany, a kiedy spotkał mamę, po prostu wiedział.
    Mój papa (lubię się zwracać do niego w ten sposób, ale wspominając o nim komuś znajomemu posługuję się wyłącznie imieniem) jest pisarzem. Trochę niespełnionym, stałą pensję ma z marnej rubryczki (choć w porządnym piśmie), ale regularnie wydaje tomiki z wierszami, które giną gdzieś na rynku, pochłaniane przez te bardziej komercyjne, które wydają fortuny na afisze atakujące znienacka całe miasto. Zawsze uważałam, że jest zbyt niedoceniany. A, chyba zapomniałam dodać, że z magią nie ma absolutnie nic wspólnego. Dużo pali papierosów, jeszcze więcej pije wina, czasami doprowadzając się to stanu bezużyteczności i drażniąc mamę. Co nie zmienia faktu, że ja mam dwadzieścia dwa lata, a nadal potrafię przesiadywać u niego na kolanach.
    Moja mama nie potrafi gotować. Z całym szacunkiem, ale przenigdy nie spotkałam kogoś z gorszą ręką do gotowania. Lubi za to sprzątać, ku uciesze całej rodziny, bo nie domaga się szczególnie pomocnej dłoni. Poza tym jest szwaczką i idę o zakład, że większość waszych rękawic roboczych, tiar, czy nawet szat wyjściowych wyszło spod jej igły. I różdżki. Tiara przydzieliła ją do Hufflepuffu, ale ja zawsze miałam wrażenie, że odnalazłaby się pośród Ślizgonów. Kiedyś dogadywałyśmy się lepiej, ale chyba za bardzo mnie męczy, że dla niej nadal mam dwa albo dwanaście lat, nie dwadzieścia dwa.
    Mam jeszcze brata. Młodszy, skończył już szkołę. Podobnie jak reszta rodziny – istnieje dla mnie tylko wtedy, kiedy chcę, ale nie zmienia to faktu, że ja istnieję dla niego zawsze. Nie jestem typem osoby łaknącej ciepła domowego ogniska, rodzice zawsze dawali nam wiele swobody, ale z domu wyniosłam jedną, bardzo ważną naukę: bez znaczenia, po jak bardzo kruchym lodzie będę stąpać, z a w s z e stoi za mną rodzina. To jakiś niezapisany pakt, który zawiązaliśmy między sobą. Bo jest jak w życiu: mama siedzi załamana w salonie, nie mogąc patrzeć na pijanego ojca, ja nie odzywam się do brata, który wyrwał mojej sówce piórka, a on do mnie za to, że zabrałam mu trochę oszczędności z konta (były mi bardzo potrzebne i naprawdę zamierzałam oddać w najbliższym czasie).
    Mogłabym mówić bez końca – na przykład o tym, jak mieszkaliśmy jeszcze razem w starej kamienicy, takiej z podwyższonym sufitem i skrzydłowymi drzwiami. Ale to nasza wyspa, którą przyjezdni mogą tylko zwiedzać, i choć mile widziani, nigdy nie poznają jej sekretów i skarbów.
    2. Pokrewieństwo: chciałabym
    3. Status majątkowy: przeciętny

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Hogwart, Ravenclaw
    2. Referencje zawodowe: Jestem nikim. Tak naprawdę nie czuję się jeszcze na tyle dorosła, by szukać dla siebie zawodu – nie chcę też obciążać rodziców horrendalnymi kosztami utrzymania, więc kiedyś, po ukończeniu szkoły, sprzedawałam lody, ale wyrzucili mnie, kiedy bez konkretnego powodu (nie potrafię go nawet znaleźć dla samej siebie) większość rozdawałam dzieciom za darmo. Fama rozniosła się dość szybko, a później żaden pracodawca nie chciał mnie w swojej kadrze – ale udało mi się załapać do wózka z hot-dogami w miejskim zoo. I wiecie co? Też rozdawałam je za darmo. Nie wiem, dlaczego, po prostu czułam, że powinnam tak robić.
    Dobrze, że rodzice mieli oszczędności, by kupić mi kawalerkę.
    Poza tym lubię malować, co nie oznacza wcale, że malować potrafię. Gdyby ktoś kazał mi się sportretować, nie popisałabym się bardziej niż dziecko na poziomie wczesnej podstawówki. Traktuję to raczej jako hobby, nie przyszłościowe źródło utrzymania. Chociaż kiedyś spotykałam się z malarzem, który twierdził, że dzieła spod mojej ręki są genialne. Ciekawe, o które mu chodziło.
    3. Wykonywany zawód: barmanka w Cafe Cogito
    4. Zarobki: niskie

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: sto siedemdziesiąt centymetrów – tyle mam wpisane w dowodzie, co oznacza, że w rzeczywistości jestem trochę niższa
    • Budowa ciała: jestem, chuda, ale mam cycki
    • Kolor oczu: niebieski, tak, należę do tego nikłego odsetka społeczeństwa, który może się nim poszczycić
    • Kolor włosów: nieustannie się zmienia, ale za czasów szkolnych był prozaicznie mysi
    • Cechy charakterystyczne: mam twarz – taką, którą na pewno zapamiętasz

    2. Opis szczegółowy: Lubię chodzić po domu nago, lubię spać nago i opalać się nago, ale nie jestem ekshibicjonistką, myślę jednak, że nie miałabym oporów przed tym, by pracować w nocnych klubach jako tancerka. Ot, praca jak każda inna, w tym świecie już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć – choć wcale nie uważam się za osobę dojrzałą i obeznaną. Mam tylko dwadzieścia dwa lata i prezentuję się całkiem nienajgorzej, choć nie zawsze tak było. Szczerze wątpię, by ktoś, kto nie widział mnie od czasów szkolnych rozpoznał mnie od razu, mimo, iż niewątpliwie zapadam ludziom w pamięć.
    Wtedy miałam półdługie, mysie włosy, pełne kształty – nie, nie byłam gruba, nie miałam nadprogramowych fałdek skórnych, jednak dziesięć kilogramów to spora różnica. Nie nosiłam mocnego makijażu, najmodniejszych ubrań, powiedziałabym, że byłam zupełnie zwykła, choć wtedy tego nie zauważałam. Bo, oczywiście, miałam się za personę, którą zauważają wszyscy. Może rzeczywiście tak było, nigdy nie narzekałam na brak powodzenia czy zainteresowania moją osobą. Ale patrząc w lusto w tej chwili widzę kolosalną przepaść, dwie zupełnie różne postacie. Ta, którą oglądam teraz jest chuda, ma piękne, długie blond włosy, ogromne usta i oczy podkreślone ostrą kreską. Nosi ciekawe kreacje, nie popełnia modowych faux pas. Często słyszę, że pogoń za dobrym smakiem mnie zgubiła, że wyglądam jakbym uciekła z salonu nędznego projektanta, wołają za mną per hipsterka, a ja z przekory potwierdzam ich przypuszczenia. Bardzo mi wszystko jedno, co mówią ludzie, idę o zakład, że połowa z nich okradłaby moją szafę, gdyby miała ku temu okazję.
    Jak widzę siebie, to tylko siedzącą w ogródku jakiejś przytulnej kawiarenki, palącą papierosa i popijającą drinka, kuszącą mężczyzn enigmatycznym spojrzeniem. Kocham wyglądać tak, jakbym miała prezentować sobą slogan hej, chodź tu i zobacz, jaka jestem fajna. Nie wiem, ile prawdy zawiera się w tym obrazie, ale lubię, kiedy ludzie na mnie patrzą i dobrze się z tym czuję. Może celowo zwracam na siebie uwagę, dbam o autoreklamę. Mam kilka tatuaży, raczej niewidocznych i syntetycznych, popełnionych w ferworze młodości, nie zamierzam jednak pozbywać się ich, chociaż czasem bardzo chciałoby się uciec od przeszłości – to jednak niemożliwe, z pewnymi rzeczami trzeba po prostu nauczyć się żyć.

    E. Charakter

    1. Opis charakteru: Nie wiem właściwie, od czego powinnam zacząć.
    Ciężko jest mówić o sobie – chyba, że cierpi się na wrodzony egozim, co raczej mnie nie dotyczy, potrafię być bezlitośnie krytyczna wobec siebie, a jeszcze bardziej wobec innych. Najwierniej objawia się to, kiedy prowadzę samochód, bo mam samochód (czerwony Mini Cooper, cudownie brytyjski samochód, na który mnie nie stać, ale kredyt może zdziałać pierdolone cuda), bo nienawidzę mioteł, boję się teleportacji, ze świstoklikami jest za dużo kłopotu, a kominkiem nie dotrę przecież do centrum handlowego. Za kierownicą przeklinam jak szewc (no, na co dzień też mi się zdarza, nawet często, ale podczas jazdy przechodzę samą siebie) na innych uczestników ruchu, jeszcze bardziej wściekając się, kiedy sama popełnię błąd. Bo, oczywiście, uważam się za świetnego kierowcę, chociaż pluję sobie w brodę, kiedy w pośpiechu zdejmę stopę ze sprzęgła, a samochód niebezpiecznie zawarczy i zdechnie.
    Oglądam dużo filmów, ale nie czytam książek, bo mnie męczą – chyba, że biografie. Aktorów, reżyserów, malarzy, a jeszcze lepiej pamiętniki muz. Skrycie marzę o tym, żeby zostać muzą, ale jeszcze nie zaplanowałam swojej ścieżki kariery. Nie jestem zbyt dobra w planowaniu, brak mi do tego cierpliwości. Babcia narzekała, że jestem w gorącej wodzie kąpana, pewnie miała trochę racji, tylko jakoś tak nauczyłam się z tym żyć. Mówię to, co ślina na język przyniesie, robię to, co dyktuje mi chwila. Wyłączam myślenie, nie dla ułatwienia, dla lepszej rozrywki. Kocham się w beztroskim życiu, ale tym prawdziwie, utopijnie beztroskim: doskonale wiem, że świat obchodzi się z ludźmi dość brutalnie, na śniadanie podając rzeczywistość, którą się karmię. Skrupulatnie unikam ludzi naiwnych, pomniejszają moje horyzonty i wprawiają mnie w przygnębienie. Ironizuję, operuję półprawdą i korzystam z sarkazmu. To naturalna obrona mojego organizmu przed ludzką głupotą. Bo, rzecz jasna, żyję w przekonaniu o tym, że zostałam stworzona do wyższych celów. Przeżywam jedynie okres utajenia. Ale, nie oszukując się, nie ma dla mnie miejsca w mensie, chociaż moje ego szczególnie nie ubolewa z tego powodu.
    Lubię malować, jednak robię to tylko wtedy, kiedy najdzie mnie ochota. W zasadzie wszystko robię dopiero wtedy, kiedy mam na to nastrój – płaczę, śmieję się, nienawidzę i kocham – choć to ostatnie jest grubo przesadzone, bo chyba nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę zakochana. To nie jest jakiś brutalny światopogląd, mający na celu uzmysłowienie kolejnym pokoleniom rodzaju męskiego, jak bardzo kobiety potrafią być parszywe. Zwyczajnie tego nie czuję, nie zakładam jednak, że to się nie zmieni, może w mojej rodzinie jest za to odpowiedzialny jakiś gen recesywny. Ale – malowanie. Kilka ścian zdominowanych jest w moim mieszkaniu przez płótna, które sobie stoją, nigdy nieskończone obrazy, zmieniające się razem ze mną. Czasem też rysuję po ścianach, nawet tych nie moich, po prostu nie mogę się powstrzymać. Dużo wagi przywiązuję do przestrzeni, w jakiej przebywam. Mogę zmienić ci układ zdjęć na półce, bez twojego pozwolenia i zapewne też bez wiedzy, nie dla zasady, nie dla poprawności politycznej – po prostu. Wiele rzeczy robię po prostu, nie zastanawiam się, nie rozważam ich, po prostu dzieje się.
    Nie noszę masek, albo przynajmniej bardzo się staram ich nie nosić. Nie chcę nazywać się ani Ruby Adams, ani Lola Burns, ani Jean Harlow, ani tym bardziej Jane Doe, lubię siebie, chociaż na swoim koncie mam wiele transakcji, których nie zdążyłam anulować. Lubię seks. Lubię dawać przyjemność innym, lubię uczucie rozpalającej rozkoszy, i wiem, że jestem pruderyjna, bo nie ma dla mnie tabu. Powiedzmy wszyscy na głos: seks. Amerykańska propaganda, ludzkość dla ludzi, kolorowe flagi, nie wiem, gdzie jestem w tym wszystkim, nigdy jednak nie potrzebowałam generalizowania ani nie chciałam być przynależna. Marna ze mnie femme fatale, chodź, zniszczę ci życie, będzie fajnie – to nie ja. Wymieniam się doświadczeniami z koleżankami, analizuję, przeglądam pisma, fantazjuję o przystojnym chłopaku, z którym zamieniłam dwa słowa, umilając sobie czekanie w kolejce. Wiem, kiedy się uśmiechnąć i nie mam w zwyczaju zgrywania niedostępnej, to zabawa dobra dla dziewic. Piję alkohol, na który mnie nie stać, to przykre, ale czasami naprawdę lubię być mocno wstawiona, nigdy jednak nie wezmę narkotyków – chociaż to grubo przesadzone nigdy, nie cofnę tego, co było. Słucham później historii o tym, jak zostałam gwiazdą melanżu. Wiem, że to nigdy nie jest powód do dumy, co za ulga, że moi rodzice mają jeszcze drugie dziecko, w którym mogą pokładać nadzieje.
    Posiadam nieznośną manierę przywłaszczania sobie ładnych rzeczy, ale czuję się usprawiedliwiona swoją kleptomanią, chyba właśnie przez to rozdawanie hot dogów za darmo. Znajomi i przyjaciele jakoś musieli się przyzwyczaić. Czasem jestem suką, jeśli nie mam ochoty na cokolwiek (bo zabrakło moich ulubionych croissantów, przez co mam zły dzień, za co odgrywam się na całym świecie), lepiej nie podchodzić do mnie nawet z przysłowiowym kijem. Mam trudny charakter, nie potrafię wyjaśnić, z czego to wynika, ale jednego jestem pewna: dla bliskich jestem w stanie potrząsnąć całą kulą ziemską. Jestem też leniwa i zawsze pozostawiam wszystko na ostatnią chwilę, w imię przypadku, licząc na to, ze los jak zwykle będzie mi sprzyjał. Ślepo wierzę w teorię, że wystarczy jedynie mieć chęci i być dobrej myśli, a wtedy cały świat będzie mimowolnie pomagać mojemu szczęściu. Rzadko choruję, w zasadzie prawie nigdy, ale kiedy gorączka położy mnie do łóżka, zwykle podejrzewam u siebie śmiertelną chorobę i zaczynam się zastanawiać, ile czasu jeszcze mi zostało oraz jak powinnam go wykorzystać. Zwykle wtedy siadam i przemalowuję moje obrazy, robię przemeblowanie, jadę za miasto, idę do kina – robię wszystko, byleby tylko nie myśleć o tym, że znajduję się o krok przed rychłym wstąpieniem do świata niematerialnego. Tak, wiem, że przesadzam, ale chyba mam skłonności do przesady. Nie można być przecież idealnym, taki świat byłby nudny.
    Mam dwadzieścia dwa lata, wierzę, że przeklinanie łagodzi ból fizyczny i nienawidzę grejpfrutów.


    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: malowanie, interesujący ludzie, fajne filmy, biografie artystów, przebywanie w kameralnych kawiarenkach (potoczne zwane bywaniem)
    • Ulubione: drogie alkohole, jazda samochodem, seks, rzeczy ładne, perfumerie, spacery po galeriach (tych ze sztuką, ale handlowe też mogą być), jazzowe koncerty w spelunach, Londyn podczas deszczu, pora wieczorowa, wiersze ojca, lata dziewięćdziesiąte
    • Inne: zabieram i oddaję, poza tym umiem robić na drutach

    F. Przeszłość

    Nie ma o czym mówić, jest o czym zapomnieć, ale niczego bym nie zmieniła.

      Similar topics

      -

      Obecny czas to Sro Paź 18, 2017 5:40 pm