Irene Willoughby

    Share
    avatar
    Irene Willoughby

    Liczba postów : 346
    Płeć : Female

    Irene Willoughby

    Pisanie by Irene Willoughby on Pon Wrz 24, 2012 5:58 pm

    Irene Willoughby

       A. Dane personalne

       1. Imiona: Irene Veronica
       2. Nazwisko: Willoughby
       3. Data urodzenia: 21/09/1988
       4. Miejsce urodzenia: Gainsborough, Lincolnshire
       5. Miejsce zamieszkania: Londyn
       6. Czystość krwi: Mugolska

       B. Więzy rodzinne

       1. Rodzina: Każda szanująca się księżniczka ma kochającego ojca i złą macochę. I w moim przypadku jest całkiem podobnie, choć role się odwróciły – to znaczy, mam kochającego ojczyma i „złą” matkę, ale schemat chyba pozostaje podobny. Niektórzy uparcie twierdzą, że życie to nie bajka, ale ja jestem innego zdania.
    Mama ma na imię Abigail i gdyby przyszło wypełnić jej rubryczkę „zawód”, zapewne wpisałaby tam: „leżę i pachnę”. Nigdy nie ciągnęło jej do pracy, właściwie zawsze planowała ułożyć sobie życie tak, by nie musieć brudzić rąk. Ponoć pokrzyżowałam jej plany, choć ciężko mi w to uwierzyć, bo właściwie nigdy nie zawracała sobie głowy wychowywaniem mnie. Zaszła w ciążę mając lat siedemnaście, a gdy się urodziłam, zajmowała się mną babcia. Mój kontakt z nią nawet do tej pory oscyluje w granicach zera bezwzględnego i chyba nawet gdybym starała się jakoś to naprawić, musiałabym liczyć się z ewentualną klęską. Biologicznego ojca nigdy nie poznałam, choć udało mi się dowiedzieć od babuni, że był to jedynie wakacyjny romans. Mama poinformowała go o tym, że będą mieli dziecko, a on wykpił się od odpowiedzialności i tyle było o nim słychać. W gruncie rzeczy, nie chcę wiedzieć więcej.
    Gdy miałam dwa latka, mama poznała mojego tatę. Na imię miał John, na nazwisko Willoughby, był od niej piętnaście lat starszy, za to na koncie  miał tylko siedmiocyfrowe kwoty i chyba głównie to skłoniło ją do małżeństwa. Adoptował mnie zaraz po ślubie i nigdy nie dał mi odczuć, że nie jestem jego rodzoną córką – wręcz przeciwnie, szybko stałam się jego oczkiem w głowie. Spełniał wszystkie moje zachcianki, a gdy ich małżeństwo przechodziło kryzys, znosił fanaberie mamy jedynie ze względu na mnie. Chociaż jestem już dorosła, wciąż nazywa mnie swoją małą księżniczką. Zapewne zapytacie, jak tatuś zarabia na życie. Otóż, kieruje bardzo znanym koncernem. Nie lubię się chwalić, dlatego nie powiem wam jakim, ale uwierzcie mi, że mówiąc bardzo znanym mam na myśli bardzo, bardzo znanym i jestem zupełnie pewna, że sporo tych produktów macie w domu.  
    Jestem jedynaczką, choć zawsze chciałam młodszego braciszka albo siostrzyczkę – było mi to obojętne. Zazdrościłam koleżankom, które miały z kim się bawić, a w późniejszym życiu mogły na kimś polegać. Gdy trochę podrosłam, dowiedziałam się, że nie chodzi o to, że rodzice nie chcą sprawić mi rodzeństwa (teoretycznie mama nie chciała, ale tata zawsze potrafił ją do wszystkiego namówić, więc jestem pewna, że i tym razem byłoby dokładnie tak samo), tylko o to, że tatuś jest bezpłodny i dzieci mieć nie może. Musiałam więc jakoś z tym się pogodzić.
    Mam za to kota. Niektórzy nie uważają zwierząt za członków rodziny, ja zaś wychodzę z założenia, że każda księżniczka powinna mieć swojego ulubieńca. Inna sprawa, że tylko on mieszka za mną w Londynie, co czyni go pełnoprawnym domownikiem. Kocur wabi się Sherlock, ma szaro-czarne pręgowane futerko i śpi na drugiej połowie mojego łóżka.

      2. Pokrewieństwo: -
       3. Status majątkowy: Bardzo bogaty

       C. Kariera

       1. Ukończona szkoła: Hogwart, Ravenclaw
       2. Referencje zawodowe: Odkąd tylko pamiętam, chciałam zostać lekarzem. W przedszkolu koleżanki pragnęły być fryzjerkami, piosenkarkami i aktorkami, ja zawsze trzymałam się jednego scenariusza. Nawet wtedy, kiedy otrzymałam list z Hogwartu nie zmieniłam zdania, a gdy dowiedziałam się, że również w magicznym świecie możliwa jest kariera medyczna, dołożyłam wszystkich starań, by ją zdobyć. Pracowitość i stopnie zawsze były moją mocną stroną, ale nigdy nie przysiadłam na laurach – pracuję znacznie więcej, niż powinnam i biorę wszystkie dyżury, by jak najszybciej osiągnąć to, o czym zawsze marzyłam.
       3. Wykonywany zawód: magomedyk w Szpitau Świętego Munga w dziale zakażeń magicznych
       4. Zarobki: wysokie

       D. Wygląd

       1. Podstawowe informacje

       

    • Wzrost: Przeciętny
         
    • Budowa ciała: Krzywa
         
    • Kolor oczu: Szaro-zielony
         
    • Kolor włosów: Bursztynowy? Lubię ładne nazwy.
         
    • Cechy charakterystyczne: Czasami muszę założyć okulary, ale moje oczy wydają się w nich wielkie jak te wilka z Czerwonego Kapturka, dlatego zwykle trzymam je w torebce i używam tylko, gdy wymaga tego sytuacja.

         

    2. Opis szczegółowy:

    Patrzę, tego właśnie chcieliście? Mam powiedzieć, co widzę? Siebie. Jak co dzień, jak za każdym razem. Najbardziej w oczy rzucają się właśnie... oczy. Są zdecydowanie zbyt duże, nieproporcjonalne w stosunku do całej reszty twarzy. Niektórzy mówią, że powinnam się cieszyć z takiego atutu, ale ja ich nie lubię. Ludzie zawsze wiedzą, że na nich patrzę, dzieci się mnie boją. Tęczówki mam szare przy obwodzie, przechodzące w zieleń tuż przy źrenicy.  Rzęsy... cóż, nie zaliczają się do tych długich i wywiniętych, ale nie mam na co narzekać. Z resztą, odrobina tuszu potrafi zdziałać cuda, choć i tak z reguły nie mam czasu, żeby go nałożyć. Brwi nie reguluję. Ostatnio usłyszałam, że to ponoć w cenie, ale nie przeszkadza mi ich kształt i nie chcę dokładać sobie kolejnych problemów. Są proste, nie wyginają się w szyderczy łuk, jak u moich koleżanek. Twarz mam szczupłą i pociągłą, z wystającym podbródkiem – ponoć po ojcu. Kości policzkowe zarysowane, ale nie na tyle, by przykuwały uwagę. Nos mały i zadarty –  najgorsze jest w nim to, że w czasie lata pojawiają się na nim piegi. A ja szczerze ich nienawidzę. Jeśli chodzi o buzię to chyba na tyle... nie, zapomniałam o wargach. Z resztą, nie trudno o nich zapomnieć, bo są zdecydowanie zbyt wąskie. Nie wspominając o tym, że dolna warga jest szersza od dolnej, jak gdyby w ramach zadość uczynienia nie mogły być chociaż proporcjonalne!
    Każda szanująca się księżniczka ma długie włosy, dlatego też nigdy nie eksperymentowałam z fryzurą i przykładem przyjaciółek, nie ścięłam ich. W żadnym momencie życia, jeśli już musicie wiedzieć. Nigdy też ich nie farbowałam, pozwalając im egzystować w ich własnym kolorze, przypominającym barwę bursztynu, ale zastanawiam się, czy jednak ich nie przyciemnić. Kiedyś, nie wykluczam takiej ewentualności. Aktualnie sięgają mniej więcej do połowy pleców i mają okropną skłonność do puszenia się. Może dlatego, że są naturalnie falowane. Nie martwcie się, nie często zobaczycie je w takim stanie, bo najczęściej noszę je spięte w kitkę lub splecione w warkocza, aby nie przeszkadzały mi w pracy.
    Najsmutniejsze jest jednak to, że skończyłam dwadzieścia trzy lata, a wciąż wyglądam jak rozchichotana piętnastolatka. Albo i gorzej – one mają biust, mój postanowił zbuntować się i nie urosnąć wcale. Nigdy nie nabrałam też kobiecych kształtów, ani nawet niczego, co mogłoby je wątpliwie przypominać i zdążyłam już stracić nadzieję, że kiedykolwiek ujrzę je w lustrze. Mam sporą niedowagę, przez co babcia najchętniej nie przestawałaby mnie karmić. Co z tego, skoro naprawdę mogę pochłaniać niezliczone ilości jedzenia, a przytyć i tak nie potrafię? Moją największą zmorą są nogi. W porządku – długie i chude, co większość uznałaby za zaletę, ale przy tym krzywe. Wyglądam naprawdę okropnie w sukienkach i jednocześnie je uwielbiam: czuję się zawieszona między młotem a kowadłem. Ostatecznie wychodzę jednak z założenia, że mądry nie zauważy, a głupi pomyśli, że tak miało być.
    Zapytacie pewnie jeszcze, jak się ubieram. Zwykle wybieram rzeczy efektowne, ale przy tym wygodne. Tego wymaga ode mnie praca. Nie mam swoich ulubionych wzorów ani kolorów, na tym froncie wyznaję równouprawnienie: jeśli coś wpadnie mi w oko, po prostu to kupuję i nie zastanawiam się ani nad ceną, ani nad tym, czy będę miała to z czym zostawić. A szafa w szwach pęka.
    Nie lubię patrzyć w lustro. Nie podoba mi się to, co tam widzę, ale w dzisiejszych czasach to chyba żadna nowość. Ludzie dla zasady nie akceptują swojego wyglądu, doszukują się w nim niedoskonałości i nie potrafią docenić tego, co szczególne. Nie uważam się za wyjątek pod tym względem, nie czuję się zakłopotana. W końcu, mam do tego prawo, bo nie tak powinna wyglądać księżniczka.

       E. Charakter

       1. Opis charakteru:

    Jestem księżniczką. Cały problem tkwi w tym, że dzisiejszy świat nie potrzebuje już księżniczek. Dziewczęta nie chcą być już wątłe, wielbione i ratowane przed niebezpieczeństwem, noszą ze sobą miecze i bronią się same. Mężczyźni poczuli się zaś wyparci ze swojej roli, zrzucili więc białe zbroje, sprzedali rumaki na allegro i kupili za nie konsole, a szczytem romantyzmu wydaje im się zakup różowego piwa dla swej cnej ukochanej. Prawdziwie silne białogłowy też nie mają w życiu łatwo, bo faceci zwyczajnie nie potrafią znieść myśli, że płeć piękna mogłaby nimi rządzić. Boją się niezależnych kobiet, jak nieustannie piszą w tych wszystkich czasopismach i głównie dlatego rośnie nam odsetek staropanieństwa, spada zaś współczynnik narodzin. Kto więc robi furorę? Wszystkie, znajdujące się pomiędzy. Studiujące mało przyszłościowe kierunki, nie mające szans na szumną karierę. Po ślubie znajdą sobie niezbyt dochodową pracę, która w mniejszym lub większym stopniu wspierać będzie budżet rodzinny, ale całą władzę oddadzą mężowi. Urodzą mu dzieci, zajmą się ich wychowaniem i w pewnym momencie zupełnie zapomną o sobie. A ja? Mnie robi się niedobrze na myśl o takim scenariuszu, bo przecież nie tak ma wyglądać moje szczęśliwe zakończenie. Najwyraźniej utknęłam gdzieś pomiędzy wrażliwą księżniczką i silną kobietą sukcesu. Od najmłodszych lat stawiałam poprzeczkę wysoko. Podczas gdy moje rówieśniczki budowały zamki w piaskownicy i czesały włosy lalkom Barbie, ja chodziłam na lekcje hiszpańskiego i uczyłam się jeździć konno. Karmiłam swoją wybujałą ambicję, która nigdy nie była jednak zaspokojona, a wręcz przeciwnie – za każdym razem łaknęła więcej i więcej. I w ten właśnie sposób skończyłam na stażu w szpitalu, mając przed sobą świetlistą karierę. Świetlistą, ale ciężką.
    Patrząc na siebie z perspektywy czasu, zaczynam rozumieć, dlaczego w szkole nie interesowało mnie wiele poza nauką. Zdarzało mi się wyjść gdzieś z przyjaciółkami, zdarzało mi się plotkować, zdarzało mi się prawie wszystko, co zdarzyć się powinno, ale i tak najważniejsze były stopnie. Uwielbiałam pochwały profesorów, puszyć się we własnej głowie oglądając kolejną najwyższą notę. Wszystko ma jednak swoją cenę, więc i mnie przyszło ją zapłacić. Z góry założyłam, że mój książę z bajki sam mnie odnajdzie, odpuściłam więc wszelkie starania, wykreśliłam chłopców z listy zainteresowań i... tak właśnie zostałam dwudziestotrzyletnią dziewicą, co w dzisiejszych czasach jest uznawane za upokarzające, a nie honorowe. Czasami sądzę, że po prostu mam problem z zachowaniem równowagi pomiędzy dojrzałością intelektualną i emocjonalną. Potrafię skupić się na powierzonym zadaniu i z miną specjalisty wywiązywać się z powierzonych mi obowiązków, spędzam w szpitalu osiemdziesiąt godzin tygodniowo, a jednak wciąż chichoczę przy scenach rozbieranych w filmach.
    To właśnie kolejna rzecz, którą robię nagminnie – to znaczy, nie oglądam rozbieranych scen, tylko wiecznie się tłumacze. Widzicie? Zwyczajnie nie potrafię znieść świadomości, że ktoś mógłby odebrać moje słowa inaczej, niż powinien, poświęcam więc zdecydowanie więcej czasu na wyjaśnienie innym tego, co mam na myśli niż w rzeczywistości dzielenia się tym ze światem.
    Znajomi nazywają mnie organizacyjnym szaleńcem. I chyba mają w tym sporo racji. Lubię panować nad sytuacją: w czasie kryzysu zaciskam zęby, patrzę chaosowi głęboko w oczy i mówię mu: spadaj. Nie znoszę, gdy coś wymyka mi się z rąk. Wpadam wtedy w niepotrzebną frustrację i dokładam wszelkich starań, by odpowiednio to naprostować, czasami niestety ignorując wszystko inne. To zawsze ja nosiłam na zajęcia dziesięć długopisów, to ja skrupulatnie przepisywałam swoje notatki, aby wielkość każdej literki była taka sama. To ja poprawiałam wyprowadzałam ludzi z błędów, w zamian otrzymując jedynie lekceważące „nieważne”.
    Zapytacie pewnie, co z moim księciem z bajki. Cóż, wciąż uparcie sądzę, że zjawi się prędzej czy później, choć bywają momenty, gdy po prostu dochodzę do wniosku, że znalazł już sobie niewłaściwą księżniczkę i odjechał z nią na swoim rumaku w stronę zachodzącego słońca, a ja do końca swoich dni pozostanę starą panną z kotem. Może to rzeczywiście moja wina, że nigdy do tej pory nie miałam chłopaka na dłużej – jeśli nie książę, to nikt. Stawiam poprzeczkę wysoko samej sobie i nie chcę obniżać jej dla swojego ukochanego. Mam swoją Listę (tak, tak Listę) składającą się z dziesięciu punktów i za każdym razem gdy spotykam potencjalnego kandydata, przyrównuję go do niej. Jeśli nie spełnia przynajmniej siedmiu wymagań, z góry go skreślam. Jak więc widzicie, nie jestem osobą, którą chętnie zabierzecie na podryw do baru. Z reguły odstraszam wszystkich po kilku minutach rozmowy.
    Zawsze przyjaciółka, nigdy nie dziewczyna. Nie, żebym czuła jakąś ogromną potrzebę bycia tą drugą, ale przyznacie, że to niebywale frustrujące, gdy spotykacie faceta, spełniającego osiem na dziesięć punktów z waszej listy i w tym momencie znajomości, gdy powinien nastąpić upragniony pocałunek, on zaczyna wam się zwierzać, jak cudowna kobieta gościła wczoraj w jego łóżku.  Kiedyś sądziłam, że to jedynie problem spotykany w amerykańskich komediach romantycznych, które uwielbiam oglądać wieczorami, wyjadając nutellę wprost ze słoika, a potem odkryłam, że nie jestem jedynie księżniczką, ale również bohaterką takich właśnie komedii. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo one w końcu znajdują tego jedynego, co przekornie wydaje mi się całkiem pocieszające. Wracając jednak do tematu – ośmielę się stwierdzić, że przyjaciółką akurat jestem dobrą. Mam zbyt miękkie serce, zwłaszcza dla osób, na których mi zależy i jestem gotowa pojawić się w ich mieszkaniu nawet w środku nocy, by użyczyć rękawa w trakcie kryzysu lub też odwieźć do domu z baru (nie pozwalam znajomym teleportować się, gdy są pijani, ponieważ ze statystyk wynika, że wtedy najłatwiej o rozszczepienia, a sama najlepiej wiem, jak nieprzyjemnie może się to skończyć, w końcu z takimi przypadkami spotykam się na co dzień) i położyć do łóżka. Zawsze mogą na mnie liczyć, a czy ja na nich... nie wiem, pewnie tak. Nigdy nie musiałam i mam nadzieję, że nigdy musiała nie będę.
    Ludzie czasem mówią, że jestem zmanierowana. Sama nie nazwałabym tego w taki sposób. Po prostu cenię sobie wygodę i nie znoszę tych wszystkich wypadów na łono natury, gdzie nie mam ani łóżka, ani dostępu do bieżącej wody. Przeszkadza mi, gdy wino jest nie schłodzone i szczerze nie znoszę, gdy ktoś dotyka moich rzeczy bez pozwolenia.
    Lubię mówić o sobie, lubię dzielić się z przyjaciółmi swoimi problemami i szukać w nich wsparcia. Uważam konstruktywną krytykę za coś pozytywnego i nie oceniam po wyglądzie. Nie śmieję się z żartów, które mnie nie bawią i nie udaję szczęśliwej w każdej sytuacji. Czasami mam wrażenie, że utożsamiam sobą wszystkie te cechy, które w dzisiejszych czasach uważa się już za wymarłe.

       2. Ciekawostki:

       

    • Zainteresowania: Uwielbiam banalne komedie romantyczne, lubię  robić na drutach i kupować torebki i buty. Śpiewam, tańczę i jem pomarańcze?
         
    • Ulubione: Piję dużo kawy, choć nie wiem czy można ją tak nazywać, bo to duża ilość mleka z dodatkiem kawy, ale i tak uważam, że spełnia swoją rolę. Uwielbiam herbatę, zwłaszcza tę zieloną z różnymi, często wymyślnymi dodatkami. I ciasta... te pochłaniam w olbrzymiej ilości, ale tylko te, które sama upiekę. W innych jest zapewne tyle konserwantów i sztuczności, że po kilku kawałkach zaczęłabym świecić. A czy wspomniałam już, że jadam tylko ekologicznie?
         
    • Inne: Szukam księcia z bajki od zaraz.

         

    F. Przeszłość  

    Wychodzę z założenia, że każdy się rodzi i każdy umiera. A to co pomiędzy, jest jedynie jego prywatną sprawą.

      Obecny czas to Wto Lip 25, 2017 3:37 pm