Jack Caulfield

    Share
    avatar
    Jack Caulfield

    Liczba postów : 208
    Płeć : Male

    Jack Caulfield

    Pisanie by Jack Caulfield on Sro Wrz 26, 2012 11:31 pm

    JACK CAULFIELD

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Jack
    2. Nazwisko: Caulfield
    3. Data urodzenia: 06. 04. 1988
    4. Miejsce urodzenia: Londyn
    5. Miejsce zamieszkania: Londyn
    Małe mieszkanie, które wynajmuję za pieniądze ojca.
    6. Czystość krwi: nieznana, choć podejrzewam, iż jestem pół krwi; ale to tylko moje domysły

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina:
    Nie mam co za dużo o niej pisać. Nie jest wielka, ani zbytnio fascynująca.
    Mam tylko matkę, która jednocześnie była moim utrapieniem za lat dziecięcych i jedyną ostoją w całym pojebanym życiu. Eleonora Caulfield, bo tak się właśnie nazywa, od dawna miała problemy z alkoholem, choć nigdy nie przyznała się do tego otwarcie. Nadużywała go odkąd pamiętam, ale to tylko za zamkniętymi drzwiami domu, w pracy była zawsze sumienna, odpowiedzialna i przyzwoita. Ale tylko tam. Przekraczając próg swego domostwa zapominała o obowiązkach, łapała za butelkę i oddawała się swoim przyjemnością. Często jak przychodziłem od znajomych, bądź z zajęć pozaszkolnych, na które wysłała mnie za pieniądze ojca, natrafiałem na wychodzących mężczyzn. Za każdym razem na innego.
    Jednakowoż szanuję moją matkę, wiele jej zawdzięczam. To ona wzbudziła we mnie ambicje.
    Ojca... nigdy nie znałem. To tylko bezimienna postać bez twarzy w moim życiu, która odkąd pamiętam przesyłała mojej matce pieniądze "na moje wychowanie". Nie wiem o nim nic poza tym, iż był to przelotny romans. To wszystko.
    Często bywało tak, iż wieczory spędzałem całkiem sam, kiedy mama
    2. Pokrewieństwo: Anne i Aileen Botwin - przyrodnie siostry, o czym Jack nie ma najmniejszego pojęcia
    Lucifer Madrox - kuzyn I stopnia (kolejna niewiadoma dla Jacka)

    3. Status majątkowy: przeciętny

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Slytherin
    2. Referencje zawodowe: Uwielbiam muzykę i serwowanie drinków. Mam nawet za sobą całkiem sporo kursów barmańskich, wszystkich ufundowanych za pieniądze ojca. Dużo czasu spędzam na uczeniu się nowych metod mieszania alkoholi i ich podawania. Poszerzam też swoją wiedzę z zakresu muzyki, jej gatunków i cech charakterystycznych. Mam rękę na pulsie jeśli chodzi o nowości.
    3. Wykonywany zawód: barman, dorywczo spiker radiowy
    4. Zarobki: średnie

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: 187 centymetrów
    • Budowa ciała: Nie jestem ciamajdą, mam umięśnione ramiona, podkreślone mięśnie klatki piersiowej i brzucha
    • Kolor oczu: Szare, trochę wilcze, ja mi powiedzieli ludzie z pracy
    • Kolor włosów: Brązowe z dziwnymi przebłyskami innych kolorów. Cholernie niekonkretne.
    • Cechy charakterystyczne: Pieprzyk na policzku

    2. Opis szczegółowy:
    Oczy i włosy mam niekonkretne, nawet nie do końca trzymające się norm kolorystycznych. Fryzurę często rozwaloną. Możecie to uznać za cholernym niechlujstwo, ale rano najczęściej przeczeszę włosy palcami i tak je zostawiam. Lubię zarost, nie za duży, ale jednak. A jedyną rzeczą, która w na mojej twarzy rzuca się w oczy jest, moim zdaniem, ten pieprzyk. Pewnie to po ojczulku, bo poza tym raczej jestem podobny do matki.
    Lubię również koszule. Tak, nawet bardzo lubię. I lubię z nimi eksperymentować, czy jak to tam nazwać. Czasem zakładam je do marynarki, czasem do zwykłej bluzy. Wszystko w sumie zależy od przypadku, co mam teraz bardziej pod ręką. Choć, zdarza mi się, że dobieram strój do sytuacji. Ale to dosyć rzadka sprawa. Bo najczęściej mam w dupie to, co sobie o mnie ludzie pomyślą. Ubieram się jak chce, jak m wygodnie i jak mi w danym momencie pasuje. Nie przepadam za jakimś wymyślnymi, pstrokatymi kolorami. Nie, to zdecydowanie pozostawiam dla dziewczyn. Sam wolę brązy, szarość, czasem trochę niebieskiego. A zresztą… Co was to, kurwa, obchodzi?

    E. Charakter

    1. Opis charakteru:
    ''Kiedy byłem małym chłopcem, płakałem, że nie mam butów na stopach. Przestałem płakać, kiedy zobaczyłem dziecko, które płacze, bo nie ma stóp.''
    Tak, to zdecydowanie jest dobrze powiedziane. Kiedyś, dawno, użalałem się nad moim pieprzonym życiem, nad tym jaką mam rodzinę, w końcu… ojca nigdy nie znałem, a matka mało się mną interesowała, jej do życia starczały imprezy, alkohol i coraz to nowsi faceci. Potrafiłem jako dzieciak przesiedzieć całą noc i przepłakać, żałując, iż nie okazuje mi takiego zainteresowania jak powinna. Ale pewnego dnia wracając ze szkoły widziałem chłopaka, mniej więcej w moim wieku, zalewał się łzami, patrząc jak straż wyciąga zmaltretowane ciała jego rodziców ze zniszczonego samochodu. Wtedy zrozumiałem, że wcale nie mam najgorzej. Przestałem płakać.
    Nic nie zmieni faktu, że życie częstokroć to jedno wielkie gówno. Daje bogatym, zabiera biednym, a nie tak jak wmawiają nam te powalone bajki, o Robin Hoodzie na przykład, hołduje sprawiedliwość. Ma w dupie nas, nasze potrzeby. Co prawda, ja nigdy nie musiałem marudzić na kwestie pieniężne, ojczulek zawsze dbał żebym miał ich pod dostatkiem. W sumie, pogardzam nim przez to. Płacił za co? Za milczenie? Pewnie był jakąś grubą rybą i gdyby cholerny romans wyszedł na wierzch, spieprzył by sobie całą karierę. Przykre, ale prawdziwe. Ale cóż, ludzie już tacy są, zakłamani, niewierni, a przy tym chcą by wszystkie ich przewinienia odeszły w cień zapomnienia nie niosąc ze sobą żadnych konsekwencji. Najwyraźniej mój ojciec też tego oczekiwał. Sądził, że pieniądze są tym co sprawi, że mama zapomni, a ja nie będę zadawał pytań. I w sumie, nigdy nie zadawałem, ale to nie dlatego… Po prostu uznałem, że ktoś jego pokroju nie jest wart mojej uwagi. Choć nigdy nie zaznałem w tej kwestii sprawiedliwości.
    Ale miałem pisać o sobie…
    Życie nauczyło mnie już dawno, że nigdy nie mamy tego co chcemy od tak, że niby pstrykniemy sobie palcami i proszę –jest! Na wszystko trzeba ciężko pracować. I choć sam od początku miałem sporo pieniędzy traktowałem je bardziej jako fundusz wspomagający, niż jakiekolwiek zabezpieczenie na przyszłość. Starałem się nie folgować sobie zbytecznie, w szkolę uczyłem się dość pilnie, a po ukończeniu Hogwartu w pracy harowałem by zdobyć dobrą opinie. Pogardzałem tymi, którzy wszystko mieli od tak, na wyciągnięcie ręki. Sam miałem szansę na dostanie pracy tuż po ukończeniu szkoły, kochany ojczulek chciał mnie gdzieś przepchnąć, ale odrzuciłem ją. Ta propozycja godziła w moją godność, do kurwy nędzy. Nie będę nigdy zaciągać u niego cholernych długów, by potem płaszczyć się przed bezimienną personą bez twarzy. Pewnie w takim razie zastanawiacie się czemu przyjmowałem pieniądze? Jak by nie patrzeć póki byłem młody to moja matka je otrzymywała. Przez ten czas nie raz buntowałem się przeciw temu, wolałem chodzić w podartych butach niż założyć tenisówki kupione za pieniądze tego dupka. Z czasem jednak zrozumiałem, że ta sytuacja przynosi mi naprawdę wiele korzyści. I więcej osiągnę wspomagając się nimi niż odtrącając to, co może być dla mnie świetną inwestycją. Dlatego też, gdy tylko osiągnąłem pełnoletniość, odszukałem u matki adres przez który kontaktowała się z moim ojcem i napisałem mu list, dałem do zrozumienia, że chcę by te pieniądze przychodziły do mnie. Czy w kulturalny sposób..? To już moja sprawa. W końcu jednak dostałem to co chciałem. Bo zrozumiałem, że to nie ja będę miał dług wobec niego. To on cały czas ma go wobec mnie. I wątpię, że kiedykolwiek uda mu się go zlikwidować.
    Nie pomylicie się sądząc, że tak naprawdę rzadko kogo szanuję. Na coś takiego trzeba sobie zasłużyć. Ciężko mi szanować ludzi idących w życiu na łatwiznę, pieprzących od rzeczy i utrzymujących się na powierzchni dzięki karierze bliskich. Tak samo mi ciężko , gdy natknę się w życiu na kogoś, komu naprawdę się poszczęściło, kto miał pełną rodzinę, kochającą na dodatek, a traktuję to tak luźno. Nienawidzę niewdzięcznych kundli. Mogliby się czasem zastanowić, zanim wydaliby jakieś nieodpowiednie opinię, mogliby pomyśleć ile ludzi oddało by wszystko za to co oni mieli tak po prostu. Ale tak to już w życiu jest, że ci co mają najczęściej tego nie doceniają. Oczekiwać od ludzi wdzięczności za to co mają od urodzenia, to tak jak oczekiwać od lwa, że ten przestanie jeść mięso. To leży w naturze obu tych gatunków. A człowiek jest zazwyczaj zbyt leniwy i głupi by okazać odrobinę dobrej woli i walczyć ze swymi złymi przywarami. To co jest dla niego pewnikiem, staje się taką oczywistością, iż większości nigdy nawet nie przyjdzie do głowy by powiedzieć „dziękuję”. Choć nigdy nie uważałem, że to by coś zmieniło.
    Nigdy chyba nie lubiłem gładkich słówek, nie wypowiadałem się pięknie i kulturalnie by kogoś nie urazić. Dla mnie to bzdura, stawiam na szczerość, choćby miała być to najbardziej chora i powalona prawda. Cóż, jeśli ktoś tego nie lubi, co za problem? Po cholerę miałby się ze mną kontaktować? Wystarczy się obrócić i odejść. Ja nie będę płakał. Już nigdy nie będę. Żyję po swojemu, pełną piersią, na własny zasadach, które wciąż kultywuje. Jestem wdzięczny tym, którzy potrafią trwać obok mnie, bo wiem, iż jestem raczej trudną osobą. Jak już mówiłem, nie pierdole od rzeczy, nie pocieszam marnymi kłamstewkami, kiedy widzę, że jest źle mówię o tym. A mało kto lubi prawdę. Przykre, na serio przykre. Wychodzi na to, iż w dzisiejszych czasach fałsz jest wartością nadrzędną.
    W sumie, możecie mówić, że jestem chamem. Szczerze powiedziawszy, gówno mnie to obchodzi. Żyję dla siebie i dla ludzi mi bliskich. Innych mam gdzieś, po co mi się nimi przejmować, skoro oni najczęściej nie poświęcą nawet minuty na to by zastanowić się kim jest ten facet o kudłatym łbie, idący drugą stroną ulicy? No właśnie, po co?
    W zasadzie, nie oczekuje niczego od ludzi. Nawet tych najbliższych. Wiem, że człowiek to istota zawodna. Poleganie na niej nigdy nikomu nie przyniosło nic dobrego. Dlatego choć szanuję i cenię moich przyjaciół, raczej nie zwracam się do nimi z problemami. Wolę być samowystarczalny. Życie w sumie zmusiło mnie do tego nawet za dziecięcych lat. Nigdy nie mogłem zbytnio polegać na matce, więc czemu teraz mam teraz trzymać się spódnicy kogoś innego? W tym całym pojebanym życiu tylko dzięki własnym staraniom osiągnąłem coś więcej.
    Nie rozumiem po co muszę uzupełniać ten arkusz… I czemu cały czas ktoś wisi mi nad ramieniem twierdząc, że nie napisałem wystarczająco dużo. Co niby do cholery mam jeszcze dodać?!
    Dobra.. Nie wierzę w miłość. Nie w taką prawdziwą, porywającą serca i te inne dyrdymały. Dla mnie to zwykłe pierdolenie producentów komedii romantycznych, a nie rzeczywistość. Jedyne uczucie jakie biorę pod uwagę to w zasadzie przywiązanie. Tak, to jest możliwe, przywiązać się do kogoś na tyle, że nie będzie się chciało go zostawić. Ale i tak sądzę, że mnie to nie dotyczy. Nigdy do tej pory nie powiedziałem żadnej dziewczynie, że ją kocham. Mówiłem, prawda nawet brutalna lepsza jest od kłamstwa. Tym się właśnie kierowałem, dlatego one wiedziały, że je pożądam, że kręcą mnie one i ich ciało, że nawet lubię z nimi rozmawiać, pożartować trochę i spędzić wolne chwilę (inaczej nudziłbym się jak mops siedząc sam w domu lub włócząc się po tych cholernych ulicach głupiego Londynu), ale nigdy nie słyszały nic więcej. Bo i po co? Zdarzało mi się, że mi zależało, byłem im wdzięczny za towarzystwo, ale nigdy nie zapewniałem pełnych magii chwil, w które wiele nadal naiwnie wierzy. Nigdy nie byłem zbytnim romantykiem, nie padałem na kolana w ramach przeprosin, nie tuliłem do siebie gorąco zapewniając, że nie umiem bez nich żyć. Bo umiał bym, a szkoda by było mi spodni, gdybym przy każdych przeprosinach miał padać na kolana. Doceniałem te dziewczyny, ale częstokroć chodziło mi tylko o seks i o trochę chwil przyjemności, o czym oczywiście je informowałem.
    Czy teraz wam wreszcie starczy? Nie..? No cóż… Może teraz z innej beczki…
    Bywam czasem porywczy, a kiedy już mnie szlag trafi staję się dość nieobliczalny. Dzieje się tak w sumie tylko kiedy jestem pijany, tak to raczej panuję nad sobą. A że od alkoholu raczej nie stronię… W sumie, wyznaję jedną zasadę, używki są dla wszystkich, a tylko od człowieka zależy jak bardzo da się temu ponieść. Więc nie pierdolcie mi, że źle robię pijąc, bo to moja wolna wola. Mogę się nachlać kiedy chcę. I tyle.
    Dzięki za uwagę.

    2. Ciekawostki:
    -Jeszcze za czasów Hogwartu, trochę eksperymentowałem z narkotykami.
    -Wbrew pozorom, kiedyś, ale raczej w cholernie dalekiej przyszłości, chciałbym mieć rodzinę. Ale nie tak pojebaną jak moja.
    -Uwielbiam muzykę, tylko ona potrafi mnie wyciszyć.
    -Piszę, zasadniczo tylko krótkie opowiadania. Głównie horrory, czasem może kryminały.
    -Mam jedną rzecz, której strasznie żałuje, choć gdybym mógł cofnąć czas ponownie popełnił bym ten błąd.
    -Pierwszy raz spałem z kobietą, kiedy miałem nie całe szesnaście lat.
    -Kiedyś miałem węża, ale sukinsyn pożarł jakąś zdychającą mysz i sam zatruł się trutką...
    -Moda na hipistrów strasznie mnie wkurwia.

    • Zainteresowania: Muzyka, proza grozy, sztuka serwowania drinków, mitologie i religie świata.
    • Ulubione: Czipsy bananowe, papierosy, noc, ciepłe łóżko, gady wszelkiej maści, samotnie spędzona godziny (spacery i czytanie),
    • Inne: A to już moja sprawa, prawda? Btw. zbyteczna ciekawość to grzech, jak zapewniają mugole.

    F. Przeszłość
    Nie ma co tu dużo mówić. Moje życie do czasu otrzymania listu z Hogwartu było jednym wielkim żartem, kaprysem losu. Potem, wszystko się zmieniło. Żyłem pełną piersią z dala od chlającej matki. I chyba tyle was powinno obchodzić. Już wystarczająco dużo o sobie powiedziałem.


      Obecny czas to Nie Sie 20, 2017 3:25 am