Braiden Hegarty

    Share
    avatar
    Braiden Hegarty

    Liczba postów : 880
    Płeć : Male

    Braiden Hegarty

    Pisanie by Braiden Hegarty on Sob Lis 24, 2012 9:12 pm

    Braiden Hegarty

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Braiden Anthony
    2. Nazwisko: Hegarty
    3. Data urodzenia: 29 lipca 1990
    4. Miejsce urodzenia: Weymouth w hrabstwie Dorset, moja prywatna Kalifornia
    5. Miejsce zamieszkania: postindustrialny strych na East End
    6. Czystość krwi: chyba półkrwi, ale co to za różnica dla charłaka

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina: Jestem dzieckiem wychowanym przez dziadków, ale nie dlatego, że moja rodzina była nękana przez tragedie, w skutek których moi rodziciele zeszli z tego świata, po prostu oboje harowali noce i dnie, a i tak ledwo wiązali koniec z końcem. Myślę, że po prostu mieli pecha.
    Mój tata to Anthony, niedawno obchodził czterdzieste piąte urodziny i odkąd sięgam pamięcią pracował w Ministerstwie Magii na jakiejś marnej posadce, w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, na wydziale Komitetu Łagodzenia Mugoli. Praca biurowa to coś, co napawa mnie przerażeniem, zrywają cię z łóżka w środku nocy, każą czyścić brudy po szychach i nie dają perspektyw rozwoju. Nie żebym miał manię na punkcie samodoskonalenia, ale to jak dobrowolne przywiązanie kuli do własnej nogi. Zaczynasz działać jak nieskomplikowany mechanizm, zatruwasz się rutyną – same okropieństwa. Mama ma na imię Josephine. Jest czarownicą pochodzącą z rodziny mugoli, rok starsza od taty i odkąd cztery lata temu straciła pracę stała się kurą domową, na dodatek wpadła na genialny pomysł, że może wreszcie powinna przyłożyć się do mojego wychowania. Było już trochę za późno, dlatego czym prędzej zacząłem szukać mieszkania w Londynie, z resztą i tak miałem zaraz iść na studia.
    Rodzice są dla mnie tłem, rola pierwszoplanowa przypadła dziadkom od strony matki. To do nich żywię większe przywiązanie i nie zdziwi chyba nikogo, jeśli powiem, że mieszkaliśmy razem w jednym domu przed jakieś osiemnaście lat. Moja babcia, Henrietta, to najlepsza osoba na świecie, bije od niej czysty altruizm i troska o wszystkich członków rodziny. Jak każda babcia, uważa, że jestem wiecznie głodny, ale zacząłem doceniać jej poświęcenie dopiero wtedy, gdy poszedłem na studia. Regularnie dostaję paczki z jedzeniem. Babcia dzielnie znosi wszystkie dziwactwa dziadka, a ten jest człowiekiem dość specyficznym – Richard to mistrz dowcipu, w młodości był komikiem. Heca, dużo graliśmy razem w karty. Zawsze chciało mu się zrobić dla mnie łuk czy pomóc wykonać procę, zbudować bazę na drzewie albo naprawić rower – nie narzekałem na nudę. No i to właśnie on kupił mi pierwszą deskę, kiedy miałem trzynaście lat. Frajda przez trzy dni, później skręciłem kostkę.
    2. Pokrewieństwo: -
    3. Status majątkowy: biedny

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Mugolska
    2. Referencje zawodowe: Nigdy nie byłem orłem, nie przykładałem się do nauki, a moim ulubionym zajęciem podczas lekcji było bazgranie z tyłu zeszytu. Chciałem iść na akademię sztuk pięknych, ale matka wybiła mi to z głowy, może to i nawet lepiej, bo jeszcze byłbym dzisiaj jakimś hipsterem. Wybrałem się za to na architekturę, wytrwałem całe dwa lata, by w końcu uznać, że niemiłosiernie nudzą mnie te wszystkie konwenanse i prawa budowlane. Słyszałem wtedy – stary, co ty odjebałeś, weź pociągnij jeszcze rok i wyrób sobie papierek, ale nie miałem najmniejszej ochoty marnować kolejnego roku życia. Dostałem się na animację, myślę, że do tego nadaję się najlepiej, bo sam jestem jak przeciętna postać z kreskówki – kolorowy, głośny i dziwny. Na razie pasożytuję na funduszu rodzinnym, ale dorabiam sobie malując decki, bo mam fajny styl. No i desperacko poszukuję miejscówki, w której zatrudnią charłaka i będą mu płacić w galeonach, bo niestety funt przy tej walucie wypada blado, a ja potrzebuję grosiwa na uzupełnianie zapasów proszku Fiuu… i inne zachcianki, takie jak Standardowa księga zaklęć, stopień 1 Mirandy Goshawk.
    3. Wykonywany zawód: dozorca w szpitalu św. Munga na pół etatu
    4. Zarobki: bardzo niskie

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: 185 cm
    • Budowa ciała: fajna
    • Kolor oczu: to skomplikowane jak większość związków na facebooku, chyba niebieskie
    • Kolor włosów: ciemny
    • Cechy charakterystyczne: noszę fullcapy, a ponadto zawsze towarzyszy mi longboard

    2. Opis szczegółowy: Na górze fullcap, na dole Vansy, kocham swój longboard i lubię bansy.
    Bujam się – to takie zawadiackie określenie, trochę lamerskie, tak bardzo lubię na przekór wypisywać głupoty, choć może po prostu nie chcę się przyznać do tego, że w głębi duszy jestem po prostu kretynem – po mieście na desce, ile bym dał, żeby móc się teleportować, ale w ostatecznym rozrachunku nie jest tak źle. Łatwo mnie pomylić z dzieckiem indie, ale ja jestem lepszy, bo jestem prawdziwym miejskim surferem. W zasadzie nie stać mnie na te wszystkie bluzy z Burtona czy kurtkę Billabonga, ale aukcje na e-bayu, sh i outlety mogą zdziałać pierdolone cuda, najwięcej jednak wydaję na buty, bo średnio po półtora miesiąca okresu użytkowania nie nadają się nawet dla bezdomnego, zawsze mogę jednak uprawiać California Style i jeździć na bosaka, to zawsze jakaś alternatywa.
    Jestem człowiekiem o stu twarzach, ale nie dlatego, że bawię się w jakieś marne aktorzenie, po prostu mam tyle tików nerwowych czy specyficznych reakcji mimicznych, że ciężko określić moją naturalną fasadę. Znajomi mają z tego niezłą pompę, ja się jaram i zaczynam zachowywać, jakbym cierpiał na zespół nadpobudliwości ruchowej, chociaż równie dobrze można by u mnie podejrzewać Touretta. Jedno jest pewne: jak trochę spalę, oczka robią mi się małe i czerwone, a usta wyginają się w głupim uśmieszku. Dlatego noszę fullcap, żeby móc się poruszać nawet z tak nieogarniętym fejsem – chociaż kiedyś było to głównie po to, aby matka się nie zorientowała. Słowa, które z siebie wypluwam brzmią niepoważnie, ale umiem dobrze modulować głos i jeśli przyjdzie mi kiedyś przymierać głodem, to mógłbym zrobić zawrotną karierę dubbingując kreskówki. Często śpiewam pod nosem piosenki, które aktualnie chodzą mi po głowie, lub kiedy mam słuchawki na uszach, ludzie wtedy dziwnie reagują – albo unikają mojego spojrzenia, albo patrzą jak na psychopatę, pewnie faktycznie myślą, że gadam do siebie i planuję zamach terrorystyczny na to biedne miasto. Kiedy jeżdżę autobusami, a czasami faktycznie mi się zdarza, z resztą to samo tyczy się pociągów czy metra, siadam przy szybie i końcem palca kreślę na niej bezsensowne wzory.
    Nie potrafię usiedzieć na miejscu. Jestem tym irytującym typem człowieka, który zawsze musi stukać w blat paznokciami lub nerwowo ruszać nogą. Kiedyś złapałem zajawkę na perkusję, kupiłem sprzęt i nauczyłem się grać, i choć cały entuzjazm już dawno ze mnie zszedł, nawyk perkusisty mam do dziś – to znaczy mózg płata mi figle, wkłada w dłonie wyimaginowane pałeczki i każe trzaskać po niewidzialnych bębnach. Odlatuję w kosmos bardziej niż Neil Armstrong. Czasami łapię się na tym, że moja podświadomość wysyła mi sygnały CO TY ROBISZ, GIMBUSIE. Wtedy nerwowo rozglądam się wokół, próbując określić, ile osób było świadkami mojego występu. Zdarza mi się też krzyczeć bez powodu i wybuchać śmiechem w najmniej pożądanych momentach, poza tym tańczę jakby moje ciało składało się z ektoplazmy.
    Tak, zdecydowanie jestem odbierany jako psychol, ale śmieję się jak głupi i robię swoje.

    E. Charakter

    1. Opis charakteru: Mam jedną zasadę – jeśli coś zaczyna się przed dwunastą w południe, nie istnieje. Często zdarza mi się wracać do domu tuż przed wschodem słońca. Lubię, kiedy ulice są puste, mogę wtedy bezkarnie jeździć na desce środkiem drogi. Jestem jebanym geniuszem longboardu i całe moje życie kręci się głównie wokół tego tematu. Nie pamiętam już, kiedy zacząłem jeździć, bo wspomnienia z tamtego okresu nie mają koloru, są niewyraźne i puste. Poruszanie się wyłącznie o własnych nogach ograniczam do minimum, a niepogodne dnie najchętniej spędzałbym w sklepie longboardowym kumpla. Wstaję w południe, biorę mój plecak Burtona – kupiłem używany na jakiejś aukcji internetowej, jeśli chodzi o szukanie okazji nie mam sobie równych – wsiąkam w miasto, tu skoczę na piwo, zapalę jointa ze znajomymi, mam umówione spotkanie z dziewczyną, trochę poflirtujemy, jak się uda to zaciągnę ją do łóżka, później zajrzę do sklepu na zaplecze i dokończę malowanie decku. Mały biznes lokalny, ale każdy dumnie obnosi się z deską pokrytą moją grafiką. W międzyczasie wypiję kolejne dwa piwa, znowu wskoczę na longa, skończę w głośnym klubie, z którego nie wyjdę przed porankiem – odjazdy na parkiecie, zielone światło dla szaleństwa, czysta anarchia. I tak bez końca, powolne życie, czasem zajrzę na uczelnię, czasem pójdę do pracy, nie lubię czuć konieczności wykonywania czegoś, to mnie męczy – pewnie dlatego rzuciłem architekturę. Poza tym chyba zawsze byłem większym fanem kreskówek niż wielkich idei, mających na celu uprzyjemnić życie ludzkie. Może jestem trochę dziecinny, mam swoje dziwactwa, tiki nerwowe, ale pewnie nie uwierzycie mi, że decyzję o zmianie studiów podjąłem na nudnym wykładzie, kiedy siedzący obok mnie kumpel spojrzał mi przez ramię, a ja jak zwykle bazgrałem jakieś bohomazy, zamiast notować. Powiedział, że powinienem tworzyć kreskówki, a ja jakoś szybko, bez zbędnego rozważania, przyjąłem tę sugestię za najwłaściwszą drogę w moim życiu. Większość kreskówek ma żywe kolory i brzmi jak ośmiobitowa gra na pegasusa (swoją drogą - jestem mistrzem pegasusa), zupełnie jak moje życie. Posiada barwy soczystej zieleni, turkusu, żywego fioletu, żółci i linię melodyczną Polish Girl Neon Indian. Sam jestem bardziej jak Today's Supernatural Animall Collective, gdzie słowa zapętlają się w sposób, który później irytująco dźwięczy w głowie, a przy pierwszym odsłuchiwaniu muzyka drażni ucho, bo zdaje się nie posiadać żadnego czystego dźwięku. Jestem taki indie, szkoda, że to już wyszło z mody, teraz wszyscy jarają się grungem początku lat dziewięćdziesiątych.
    A właśnie – kreskówki - to moje drugie uzależnienie. Lubię też chodzić na koncerty, kiedy mam w kieszeni sześćdziesiąt osiem funtów czuję się jak król i stawiam wszystkim klubowym weteranom. Czasem zdarza mi się wstać przed południem, wtedy zawsze włączam telewizor i chłonę Cartoon Netwoork. Gardzę konserwatystami, którzy głoszą chore teorie, że dziś nie ma już dobrych kreskówek. Kłamstwa wierutne, mógłbym bez końca oglądać Porę na przygodę, Zwyczajny serial czy Niezwykłe przypadki Flapjacka, a nawet Zwariowany świat Gumballa. Już widzę to rozczarowanie wszystkich, że może powinienem mieć bardziej wyrafinowany czy alternatywny gust, ale, jak po złości, kocham komercyjne produkcje. Jestem też fanem Gwiezdnych Wojen, mam nawet szachy z figurkami przedstawiającymi postacie z filmu i oczywiście na bieżąco śledzę serial animowany. Po pijaku głoszę teorię, że cała saga jest o ćpaniu – Han Solo to międzygalaktyczny szmugler, a Imperator jest królem handlarzy. Mam całkiem ciekawą wyobraźnię, chociaż czasami boję się zapędzać w jej zakamarki.
    Jestem trochę jak Basquiat, nie rozróżniam, co jest dobre, a co złe, żyję w swoim świecie i nie umiem się przejmować jutrem, pijane dziecko we mgle, ale właśnie tak jest dobrze. Najlepiej dla mnie. Podobno szybko można mnie polubić, nie mam problemów z asymilowaniem się w nowych środowiskach, posiadam całkiem prostolinijną naturę i nie jestem wyszukany. Lubię poznawać ludzi, lubię wdawać się w bezsensowne konwersacje. Operuję abstrakcyjnym żartem, czasem tak bardzo, że nawet znajomi pytają mi się, czy coś brałem. Ale ja mam tylko psychikę zapełnioną głupimi kreskówkami, karmię się obrazkami dla dzieci, nikt nie powinien od takiego człowieka wymagać powagi. Chociaż czasami…
    Wychodzę z założenia, że wszystkie ludzkie tragedie zwykle mają swoje źródło w nieustannym poszukiwaniu drogi do szczęścia, a ja zadaję sobie pytanie – czym jest szczęście, co wcale nie czyni mnie bardziej optymistycznym od tej hordy smutasów. Błąkam się, ale nie mam pewności, czy poszukuję sensu, czy mam jakiś cel, czy tylko włóczę się z kąta w kąt. Czuję się zawieszony w próżni, jestem bańką mydlaną, która w swoim kruchym pancerzu dryfuje targana przez wiatr i grawitację, łapiąc się milisekund swojej nietrwałej egzystencji. Winston Groom wcisnął w pióro swojego bohatera hasło, że życie jest jak pudełko czekoladek – ośmielę się twierdzić, iż był w błędzie, bo to ludzie są jak bombonierki. Opakowania, w których ktoś poukładał zestaw przypadkowych cech, tworzących spójną mieszankę, mniej lub bardziej wyrafinowaną. Niektóre zjada się od razu, o innych wolałoby się zapomnieć, bo nie pasują naszym gustom. Do tego chwytliwa okładka, elokwentne hasło reklamowe - z tego można żyć, że jest się takim człowiekiem-pudełkiem. Nie potrafiłbym chyba powiedzieć, jakie posiadam smaki. Nie lubię marcepana, ale pewnie mam w sobie trochę marcepana. Najchętniej sięgam po praliny, puszyste i mocno czekoladowe. Moimi pralinami jest lekkość bytu, ulotna jak papierosowy dym. Dużo palę, nie ma to związku z żadnym uzależnieniem albo aktualnym stanem emocjonalnym, po prostu podoba mi się sam gest trzymania papierosa i podnoszenia dłoni do ust. Niektórzy lubią przypisywać temu wielkie ideologie, ale nie mam chyba tej wyjątkowej zdolności, natura obdarła mnie z potrzeby poszukiwania sensu w moich czynach. Nie jestem materializacją chaosu, raczej pustką – pudełkiem – zapełnionym wspomnieniami i marzeniami.
    Zapominam bardzo wiele rzeczy. Co mówię, co robię, przeinaczam fakty, czasem specjalnie, żeby uczynić rzeczywistość nieco bardziej kolorową, a czasem naprawdę deformuje się wbrew mojej woli, jakbym miał w głowie czarną dziurę, która w tajemniczy sposób pochłania przypadkowe dane. Najwięcej zapominam, kiedy piję, czasem to bywa denerwujące: budzisz się w obcym mieszkaniu, obok ciebie po lewej śpi naga dziewczyna, po prawej jakiś półnagi facet, nie chcesz wiedzieć, jak się tu znalazłeś i czy to prawda, kiedy zaczynają ci wyjaśniać, że obnażałeś się na środku ulicy. Zaczynasz się zastanawiać, mówisz, że przecież pamiętasz, jak jechaliśmy nocnym, a oni, że przecież złapaliśmy stopa. Obce łóżka, tony obcych łóżek, czysta pościel, brudna pościel, darmowe śniadanie, czasem tylko kawa, czasem spojrzenie pełne nadziei. Takie rzeczy się zdarzają zwykle ludziom nieogarniętym i chyba należę do tego gatunku, nie umiem się przejmować. W zasadzie mam w głębokim poważaniu, co pomyślą inni, tak jest zabawniej. Nieznajomym lubię przedstawiać się jako Rusek. Słabo mówię po rosyjsku, ale w stanie wątpliwej trzeźwości umysłu całkiem nieźle naśladuję wschodni akcent, w końcu mieszkam na East End. Myślę jednak, że nie zawsze jest dobrze, bo czasem chciałbym pamiętać obrazy lub dźwięki, czasami w głowie majaczy mi zarys jakiejś osoby, rozmowy, która mogłaby odmienić moje życie, ale alkohol kopie rowy w moim mózgu, myśli wpadają w nie i rozbijają się w nicość. W zasadzie zdążyłem się już przyzwyczaić i teraz uważam, że to całkiem zabawny defekt. Lubię noc, wtedy zwykle dopiero budzę się do życia, chłonę dźwięki muzyki w obskurnych klubach, gdzie podłoga się lepi od brudu a ze sceny patrzą na mnie chłopcy z placu broni. Chodzę tam, gdzie jest kiczowate karaoke albo starsi panowie lubujący się w piwie i grywaniu jam session. Nie gonię za zniszczeniem, po prostu dzieje się tak i gdybym miał nakręcić film o swoim życiu, jako plan wystarczyłoby mi kilka miejscowych barów. A kłamstwo – to nie tak, że wybieram to, co dla mnie wygodniejsze, czasami tak jest łatwiej poderwać dziewczynę albo wyłudzić papierosa czy nawet marihuanę. Nie stać mnie na taki luksus dla wyobraźni.
    Wbrew temu, co jest zapisane powyżej, wcale nie jestem melancholikiem – to znaczy zdarza mi się nim być, zwłaszcza, kiedy jestem na kacu. Ale po spożyciu alkoholu ludzie zawsze zachowują się osobliwie, nawet mnie zdarza się pipczyć jakieś farmazony godne czternastolatek. Gimbaza. Ponoć niektórych nieźle peszę, ale w gruncie rzeczy jestem człowiekiem bez zahamowań, bo pływam nago, chociaż nie wiem, czy to wyznacznik czegokolwiek. Szybko łapię się przynęty, a później wszystko pali na panewce, taka jest na przykład historia nieużywanej już perkusji w moim mieszkaniu, ale mam do niej sentyment i nie potrafię jej sprzedać. Jeśli istnieje jakikolwiek bóg, prawdopodobnie robi sobie ze mnie jaja, bo umieścił mnie w tym lepszym świecie, ale zabrał wszystkie zabawki. Mówię o zdolnościach magicznych, rzecz jasna. Tak bardzo się łudziłem, że jednak przyjdzie ten pierdolony list z Hogwartu, ale na jedenaste urodziny dostałem tylko smoczej ospy. To moja trauma z dzieciństwa, po tym wszystkim przez kilka lat byłem zapalonym kindermetalem. Nie rozumiem czarodziejów, którzy uciekają do mugolandu, litości, ile dałbym za możliwość teleportacji! Największe osiągi mam w dziedzinie zaklęć. Chwalę się umiejętnością rzucania alohomory przed dziadkiem.

    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: longboard i wszystko co się z nim wiąże: downhill, freestyle, cruising, poza tym surfing, trick board, wakeboarding, rysunek i grafika, twórczość Basquiata oraz Paula Klee, świat magiczny, wyprzedaże, zef side
    • Ulubione: weekendowe manewry, pieprzenie bzdur nieznajomym, kreskówki, zwłaszcza Pora na przygodę, Kalifornia z lat 70, psychodeliczna muzyka pokroju Animal Collective, Lordowie Dogtown, fullcapy, gry na Pegasusa, Monty Python, Gwiezdne Wojny, domówki, wegetariańskie sushi, longboardshopy, tani alkohol, Volkswagen T1, Stelvio Pass we Włoszech, muzyka na żywo
    • Inne: robię grafiki na decki, po udanym wingardium leviosa strzelam sobie banię, jestem wegetarianinem, baluję za hajs matki i potrafię grać na perkusji

    F. Przeszłość

    Gotowi? Do startu. Start! Ruszam z kopyta i potykam się na jedenastym metrze. Wyobraź sobie taką sytuację – od najmłodszych lat obserwujesz swoich rodziców wymachujących różdżkami, słuchasz o szkole, w której będziesz zagłębiał tajniki magii, ale kiedy masz dziesięć lat, a twoi rodziciele nadal nie zauważają u ciebie zdolności magicznych, zaczynasz świrować i zastanawiać się, czy wszystko jest w porządku. Z trwogą wyczekiwałem dnia jedenastych urodzin, liczyłem na to, że sowa przyniesie mi list, ale cały dzień padał deszcz, siedziałem w oknie i wypatrywałem na horyzoncie ciemnego punktu. Chciałem wierzyć, że pogoda zatrzymała przepływ wiadomości, wieczorem poczułem się gorzej i jeszcze w nocy wylądowałem w Szpitalu świętego Munga ze smoczą ospą. Na drugi dzień pytałem, czy list już doszedł, ale rodzice tylko uśmiechali się niepewnie, mówiąc, że porozmawiamy o tym w domu. A do domu wróciłem miesiąc później, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego.
    Nie dostałem się do Hogwartu. Jakkolwiek zabawnie to brzmi, jest to moja największa trauma z czasów dzieciństwa. Tyle przegrać…
    Na początku przyjąłem taktykę obronną, której główną zasadą było nienawidzę-świata-czarodziejów. W swojej filozofii byłem tak wytrwały, iż nawet porozumiewanie się z rodzicami ograniczałem do minimum. Później przyszedł czas na żal. Kazałem mamie wysyłać listy do dyrektorki z prośbą o ponowne rozpatrzenie przyjęcia. Pewnie nie wysłała żadnego, więc nie pozostawało mi nic innego, jak zaakceptować swoją odmienność. Z perspektywy czasu stwierdzam, że poradziłem sobie z tym całkiem nienajgorzej – dopiero kiedy skończyłem siedemnaście lat, uznałem, że może powinienem jednak spróbować uczyć się czarów na własną rękę, czytałem w mądrych książkach, że nawet charłaki posiadają cząstkę mocy magicznej, choć zwykle jest ona niewielka. Początkowo podbierałem różdżki rodzicom i korzystałem z ich starych, szkolnych podręczników. Kiedy pierwszy raz udało mi się rzucić accio zacząłem świętować tak hucznie, że nie było mnie w domu dwa dni i oczywiście nikt z moich znajomych nie brał na serio tego, że zostałem czarodziejem. Faza.
    Teraz robię wszystko, żeby wsiąknąć w świat czarodziejów, nawet motam się w Mungu, kręcę po Pokątnej, coraz częściej zdarza mi się bywać w Hogsmeade – ha, byłem nawet pozwiedzać sobie Hogwart. Obieżyświat ze mnie. Wbrew pozorom żywot charłaka nie jest taki zły. Na pełnym kozaku.


      Obecny czas to Pon Sie 21, 2017 5:47 am