Frankie Pressley

    Share
    avatar
    Laura Burton
    Heroina XXI wieku

    Liczba postów : 166
    Płeć : Female

    Frankie Pressley

    Pisanie by Laura Burton on Sro Gru 26, 2012 5:28 am

    Laura “Frankie” Pressley

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Laura „Frankie” Leslie
    2. Nazwisko: Pressley
    3. Data urodzenia: 26 grudnia 1994 (dobra data, dzięki niej dostaję i prezent pod choinkę, i na urodziny, tyle wygrać!)
    4. Miejsce urodzenia: Londyn
    5. Miejsce zamieszkania: Londyn, Anglia, aż trudno uwierzyć. Mam naprawdę fajny pokój, może nie jest duży, ale jest na PODDASZU, dzięki czemu mam te świetne okna, takie wiecie, ukośne (hehehe, architektura!). Co prawda strasznie szybko robi się u mnie przeraźliwie gorąco przez co muszę mieć wiecznie włączony wiatrak, ale za to jest przytulnie. Dużo półek na książki, kolorowe ściany (dominuje niebieski), na podłodze miękki dywan i, co najważniejsze, łóżko z baldachimem!
    6. Czystość krwi: w jednej czwartej.

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina:
    Powiem wam całkiem szczerze, że poszczęściło mi się w życiu. I to bardzo. Bo nie dość, że jestem najmłodsza w rodzinie to na dodatek posiadam starszego brata. Wiecie jak świetnie jest mieć starszego brata? Szczególnie takiego jak mój. Leroy jest absolutnie najlepszy.
    No. Jak już posłodziłam to może nadejść pora na wyznanie.
    Ja. Się. Naprawdę. Bardzo. Cieszę. Że. Leroy. Już. Nie. Pracuje. W. Hogu.
    Może to się wam wydać dziwne, przecież każdy chciałby mieć brata na miejscu, i owszem, to było fajne, naprawdę. Mogłam do niego wpadać na herbatkę i zajmował się mną jak miałam gorączkę. Tyle, że to się zrobiło nieco uciążliwe jak zaczęłam dorastać, budować swoje życie towarzyskie, nawet nauczyciele napominali mnie ciągłym „bo powiem Leroyowi”. Oczywiście, było mi strasznie smutno jak się wyprowadzał, nawet zaczęłam płakać – obiecał, że nikomu nie powie – ale Londyn przecież nie jest aż tak daleko! Bo teraz mieszka w Londynie, w takiej hipsterskiej dzielnicy, z dziewczyną! Co prawda mówi, że to koleżanka i, że tylko na czas remontu, ale ja swoje wiem. Lubię Louise, chociażby dlatego, że też nie mówią do niej pełnym imieniem tylko ksywką, Lulu, mogłaby zostać jego żoną. Ostatnio widziałam taką ładną sukienkę na wystawie, idealna dla druhny.
    Teraz zrobi się trochę smutniej bo będzie o tacie. Tata był. I na tym wolałabym skończyć, bo przecież możecie sobie o nim poczytać w karcie Leroya, tam napisał o tym co robił, co kolekcjonował, czym się zajmował po pracy i jakim był człowiekiem. Oraz dlaczego go już nie ma. Dla mnie to zbyt świeży temat, lepiej go zostawmy.
    Jest też moja mama, no przecież każdy ma mamę, nie wmówicie mi, że jest inaczej. Maminka to lekarz z powołania, osobiście uważam, że to zawód w trąbkę, serio. Można się wozić po szpitalu w fajnym ubraniu i rzucać mądrymi słowami na prawo-lewo. „To febris hemorrhagica”, „a tutaj mamy morbus ulcerosus duodemi”, „oho, piękny przykład peritonitis biliaris”. Potem poprawić okulary-kujonki niczym facet z CSI: Miami (albo NY, kto tam spamięta) przy akompaniamencie wszechobecnego „yeeaaahh”. Nie powiem, żebym tak wyobrażała sobie siebie za dziesięć lat, ale jakby się okazało, że to właśnie moje przeznaczenie, nie odczuwałabym z tego powodu jakiegoś wielkiego smutku czy też egzystencjalnego niepokoju.
    I w ogóle, bym zapomniała, że mam też siostrę. Starszą. Wiecie do czego służy starsza siostra, można podbierać ubrania i kosmetyki, a także wzdychać do jej kolegów, szczególnie kiedy jest niewiele starsza. Niestety, przez te tańce zrobiła się znacznie bardziej filigranowa, więc czasy kiedy mogłam jej kraść ciuszki odeszły bezpowrotnie wraz z kolejnym moim kilogramem, ale mam całą kolekcję tuszy do rzęs, które niegdyś były jej. No nie moja wina, że zawsze kupuje sobie lepsze.
    Ogólnie to żadne z nas Gauthiery, Guildensteiny, Monaghany, Curtisy czy nie dajcie bogowie, Heywoody albo Rosenheimery. Nie znaczy to jednak, że żyje się nam źle. Lubię swoją rodzinę, wszyscy zawsze mnie rozpieszczali, nigdy mi niczego nie brakuje. No może taty, ale jak już mówiłam, to zbyt świeży temat by o nim mówić.

    2. Pokrewieństwo: Leroy Pressley – brat, Gina Pressley – siostra, Lennart Pressley – kuzyn, Cassandra Hayes – kuzynka.

    3. Status majątkowy: przeciętny

    C. Szkoła

    1. Rok nauki: siódmy
    2. Dom: Slytherin
    3. Przedmioty: obrona przed czarną magią, transmutacja, zaklęcia, eliksiry, zielarstwo, astronomia, historia magii, opieka nad magicznymi stworzeniami, mugoloznawstwo, numerologia, starożytne runy

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: Sto sześćdziesiąt siedem i pół centymetra (ale wszystkim mówię, że sto siedemdziesiąt, kto wie, może ostatnio urosłam?)
    • Budowa ciała: Smukła, nic więcej nie mam do powiedzenia na ten temat. No dobra. Przyznaje. Mam wielkie cycki.
    • Kolor oczu: Miodowe, a co!
    • Kolor włosów: Ciemne i grube.
    • Cechy charakterystyczne: Sama nie wiem co tutaj napisać. Kiedy wystawię twarz na słońce robią mi się piegi. Często mam zarumienione policzki, kiedy się uśmiecham w jednym z nich robi się dołek. Przygryzam wargi niemal przy każdej sytuacji. Lubię perfumy. I mam bardzo miękką skórę, ach te balsamy! Mam trzy żołądki a jedzenie idzie mi w cycki.

    2. Opis szczegółowy:
    Mam lustro, nawet nie jedno, takie duże w dormitorium, potem jedno w łazience, u mnie w pokoju jest całkiem sporo bo ładnie odbijają światło, takie małe noszę nawet w plecaczku, nazywam je ośmiornicą, bo po jednej stronie ma tak fajnie wysuwaną szczotkę, no przekomicznie to wygląda. I całkiem często w nie spoglądam, nie żeby z jakimś ogromnym narcyzmem czy coś, po prostu sprawdzam czy się nie potargałam bo mam skłonności do bogatej gestykulacji więc czasem się zdarza, że zahaczę o włosy. Noalejakbyktośpytał to są ciemne i grube, co nie jest tutaj nowiną zaskakującą w żadnym stopniu, wystarczy spojrzeć na moje rodzeństwo. Wszyscy mamy ciemne, grube włosy, a niektórzy nawet brodę.
    Ja nie mam brody. To by było dziwne.
    Mam też oczy - brązowe – nos – piegowaty – oraz usta, całkiem kształtne i strasznie czerwone, bo wiecznie je przygryzam. Jak byłam młodsza to czytałam całą masę gazetek pokroju „Trzynastka” i tam pisali, jak się przygryza wargi to są lepiej ukrwione oraz bardziej czerwone. Więc je co chwila gryzłam, weszło mi tak w nawyk, teraz często mnie można spotkać z taką dziwnie-zakłopotaną miną, no przynajmniej mam całe ołówki.
    Nie jestem ani za wysoka, ani też jakoś przesadnie niska. Modelką nigdy nie zostanę, daleko mi do anorektyczki, zbyt bardzo lubię uprawiać sporty i słodycze by się głodzić. Nie przejmuję się tym w żadnym stopniu.
    Gdy byłam mniejsza często przejmowałam się swoim… biustem. Uważałam, że jest za duży i śmiesznie z nim wyglądam. Szybko mi przeszło. W końcu Leroy zawsze mówi, że jestem najpiękniejsza na świecie, więc czemu mam mu nie wierzyć, przecież nigdy mnie nie okłamuje!
    (To z Lulu to tylko wyjątek potwierdzający regułę, on po prostu nie chce zapeszać!)
    Teraz będzie trochę o rzeczach za którymi przepadam.
    Lubię na przykład paciorki. Na rękach mam pełno bransoletek z różnokolorowych koralików, często się nimi bawię podczas to-co-nudniejszych zajęć, a każdy uczeń dobrze wie, że mamy takich pełno. Lubię też szerokie spodnie z miękkich materiałów i kapelusze, wbrew temu, że miałam być chłopcem i woła się na mnie męskim imieniem, ubieram się bardzo dziewczęco, przepadam za sukienkami, balerinkami czy sandałkami na koturnie, szkoda, że u nas wiecznie pada i mam potem mokre stopy. Nie znoszę mieć mokrych stóp.
    Staram się zawsze ładnie wyglądać, to chyba nic szokującego w dzisiejszych czasach.
    W ogóle mam jeden taki fetysz, ale chyba źle używam słowa fetysz, bo ono się podobno odnosi tylko i wyłącznie do stóp właśnie. No, nieważne. Mam taki jeden fetysz, nie rozstaję się z balsamem i kremem do rąk bo lubię mieć miękką skórę. Tak sobie czasem myślę, że złapie mnie za rękę jakiś ładny chłopak i pomyśli: „wooow, jaką ona ma miękką skórę, chciałbym, żeby została moją żoną”. Bo wiecie, chciałabym zostać żoną, w ogóle sobie kiedyś wymarzyłam, że wyjdę za mąż tak strasznie młodo, wiecie, zaraz po szkole. Nie, żebym starała się wywierać na kogoś presję, po prostu, lubię czytać dziewiętnastowieczne romanse a tam wiecie, osiemnaście lat to już śmierć, krzyż, mogiła.
    Czasami marzy mi się wiecie, taka sukienka a’la Tess d’Ubbervilles, romantyczna i biała, mogłabym sobie pomykać w niej po wszystkich wzgórzach okalających Hogwart i wyglądać pięknie, ale szybko sprowadzam się na ziemię. Po pierwsze, niedawno obcięłam włosy, bo w szóstej klasie wpadłam na super-szalony pomysł zafarbowania ich na rudo (na początku całkiem mi się ten kolor podobał!), a po drugie, sunięcie w czymś do kostek musi być strasznie niewygodne. Takie spacerowanie z gracją dziewiętnastowiecznej heroiny próbowałam już uskutecznić w piątej klasie, włożyłam na siebie delikatną sukienkę (kremową, nie miałam białej), całą z koronki (kosztowała krocie!), wzięłam parasolkę, włożyłam sandałki i poszłam na spacer wyglądać romantycznie. Skończyło się na tym, że wpadłam do bagna. Sandałki się utopiły, sukienka cała ubrudziła gdy się z niego wygrzebywałam i niestety, nie dało się doprać. Ze łzami w oczach wyrzuciłam ją do przypadkowego kubła w Hogs.
    Tylko nie mówicie mojej mamie, ona nie wie!

    E. Charakter

    1. Opis charakteru:
    Bo to było tak.
    Jak mamusia zaszła w ciążę, trzecią, to wszyscy bardzo się cieszyli, hura-hura-hura, będzie nowa dzidzia, ale wkręciło im się, że będę chłopcem. Wkręt był na tyle ostry, że pokoik urządzili na niebiesko, odkurzyli wszystkie zabawki po Leroyu, kupili chłopięce śpioszki i buciki, no wiecie, faza na kolejną fujarkę w rodzinie.
    A tutaj, nagle i niespodziewanie, przyszedł dwudziesty szósty grudnia (trzy tygodnie za wcześnie, już od zarodka robiłam wszystko prędzej niż inni, podobno nawet kopać zaczęłam wcześniej niż reszta rodzeństwa), wyleciałam z brzucha mamy niemal natychmiast po zameldowaniu w św. Mungu (do tej pory mnie za to chwalą) i okazało się…
    Że jestem dziewczynką.
    Cały misterny plan w trąbkę! Dostałam na imię Laura, miało być po takiej ładnej aktorce, tyle że coś znowu nie wyszło, ale nie ważne. I tak mówiono na mnie Frankie, od Franka, bo na cześć Sinatry (i dziadka) miałam się nazywać. Nie przeszkadza mi to jednak jakoś szczególnie. Nawet nauczyciele tak na mnie mówią i jestem przekonana, że gro moich znajomych nie ma pojęcia o ten całej Laurze.
    Na tym się chyba skończyły próby zmienienia mnie w chłopca, nie wkładali mi na siłę spodni i nie obcinali włosów. Owszem, jako berbeć znacznie bardziej wolałam się bawić klockami niźli lalkami (najbardziej, oprócz takich technicznych lego, lubiłam takie miękkie puzzlo-klocki na logikę, co je trzeba było ułożyć w różne figury, wiecie, rozrywka dla mądrych!) i zamiast ładnie wyglądać kopałam w ogródku piłkę ale z czasem nastał czas cudownej równowagi. Wciąż kocham sport, chyba próbowałam każdy możliwy, łącznie z jeździectwem konnym i wspinaczką, mam jednak kilka swoich ulubionych. Pływanie. Koszykówka. I Qudditch. To zapewne jedna z najważniejszych informacji na mój temat, w razie-co ktoś chciał mnie znaleźć. Wystarczy pójść w jedno z trzech miejsc, o ile nie mam zajęć ani nie czytam to całkiem prawdopodobne, że będę właśnie tam.
    Bo ja ogólnie pożeram książki niczym czekoladowe M&M’sy. Uwielbiam niemal wszystkie rodzaje, z naciskiem na te dziewiętnastowieczne powieści, czytam po kilka na raz, dla trenowania pamięci. Jak byłam małą dziewczynką to obiecałam sobie, że jak dorosnę to będę mądra. I nie, nie czyni to ze mnie żadnego kujona, powiem więcej, mało się przykładam do tej szkolnej nauki, wydaje mi się banalnie prosta, żadne wyzwanie, nie muszę poświęcać na nią dużo energii – więc nie poświęcam jej wcale (przez to czasem słyszę „Frankie, Frankie, taka inteligentna, a taka leniwa…”. A, że nie jestem pozbawiona ambicji to zdarza mi się po usłyszeniu podobnych frazesów dostać z kolejnego testu maksymalną ilość punktów albo pozaliczać sumy na same W. No dobra, prawie same. Miałam na przykład Z z wróżbiarstwa. No bo kto lubi wróżbiarstwo? ALE WCIĄŻ, POSZŁO MI ZNAKOMICIE). Każdy ma jakiś cel. No chyba, że jest się metafizycznym pesymistą to wtedy się nie ma, bo bez sensu. Ja ogólnie bardzo lubię Schopenhauera, to mój najulubieńszy filozof, głównie dlatego, że propaguję skrajnie opozycyjne podejście do życia. Czytam sobie te jego mądre słowa i myślę „aha, to ja zrobię zupełnie inaczej”.
    Nie chcę tu jednak sprawiać wrażenia osoby nieskromnej czy też pozbawionej wad, jestem tylko człowiekiem, żadnym tam ideałem (w ogóle, pic na wodę z tymi ideałami, po przecież idealny człowiek byłby nudny co samo przez siebie sprawia, że nie może być ideałem bo ma wady). Na przykład są takie momenty kiedy strasznie dużo mówię, no mówię wam, plotę trzy po trzy bez ładu i sensu, jakaś wiedza bezużyteczna, jakieś pseudofilozoficzne wywody, no tragedia. Łatwo poznać – to znaczy, że jestem super-śpiąca. Robię się też bardzo marudna kiedy jestem głodna. Jak zaczynam być złośliwa, wręcz warczeć (dosłownie!!!) to znak, że trzeba mi wsadzić do buzi jedzenie. Natychmiast, grozi wybuchem. Bywam też strasznie impulsywna, czego zdarza mi się potem żałować, ale taka już jestem, robię wszystko szybciej niż inni, tak spontanicznie, może nawet bez namysłu. Nie zawsze jestem też taka do rany-przyłóż, bywam strasznie uparta, lubię postawić na swoim, ogólnie jako najmłodsza z rodziny zostanę kiedyś Premierem, stanę na czele jakiegoś nowo-powstałego państwa albo będę zarządzać Bankiem Światowym. Mam smykałkę do takich rzeczy, lubię przewodzić, organizować, występować publicznie, światło reflektorów nie razi mnie w oczy. Ci, którzy za mną nie przepadają (na pewno są takie cycate, złośliwe blondyny) mówią, że jestem ciekawska, zarozumiała i zadufana a ja im na to „ugryźcie mnie w trąbkę”.
    No bo mam to swoje zdanie na niemal każdy temat, ale skoro staram się dużo wiedzieć to czemu zachować wszystko tylko dla siebie? Albo grać głupią by się komuś przypodobać? To przecież bez sensu.
    Więc teraz gadać – kto odczuwa do mnie pociąg?

    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: Pływanie, koszykówka, qudditch oraz wieczny głód wiedzy. Czytam po kilka książek na raz. Lubię też robić zdjęcia i wyszukiwać przeróżne, ładne obrazki. Ponadto występy publiczne, organizowanie różnych wydarzeń, nawet teatr, nie razi mnie światło reflektorów.
    • Ulubione: Ładne rzeczy, dziewiętnastowieczna Anglia oraz naśladowanie romantycznej heroiny, spacery po wzgórzach czy dolinach. Muzyka, kocham wręcz muzykę i moje ogromne słuchawki, mogłabym się z nimi nie rozstawać. Poranna gimnastyka, rozciąganie, pięknie pachnące balsamy do ciała i perfumy. Zielona herbata z jaśminem i ta ziołowa, z pokrzywy, jest absolutnie przepyszna. Gra w gargulki z tatą, szukanie żony dla Leroya, a czasami też męża dla siebie.
    • Inne: Zapewne nie wiesz jak mam na imię, ale wcale mi to nie przeszkadza. Nie mam pojęcia co więcej by tutaj napisać, więc pochwalę się moją umiejętnością słowotwórczą – często tworzę nowe słowa, które według mnie idealnie oddają dane sytuacje, opisują ludzi czy też puentują moje wypowiedzi. Ot, taka zabawa, daleko mi do Szekspira.
      Chyba zapomniałam napisać. Kocham Szekspira. Serio. Schopenhauera też, ale trochę mniej.
      Oraz - sorry Immanuel, but I Kant.

    F. Przeszłość
    Śmieszna historia, ta z moim imieniem. Bo jak już wspomniałam, to ja miałam być Frank. Po Sinatrze wiecie, taki piosenkarz, no i przy okazji po dziadku. Ale w ten dzień piękny, dwudziestego szóstego grudnia Anno Domini 1994 wprawiłam rodzinę w głęboką konsternację okazując się dziewczęciem. Chciałabym powiedzieć, że nadzwyczaj urodziwym już w tamtym momencie, sądzę jednak, że przypominałam małego, zakrwawionego muppeta.
    Już tam pal sześć niebieski pokój i męskie śpioszki, co z imieniem! Rodzice długo spierali się nad tym dla mnie, konsensus był tutaj wypracowany poprzez krew, pot i łzy, od nowa mają rozpoczynać boje trwające ostatnie osiem miesięcy i tydzień (lubię podkreślać, że byłam wcześniakiem. I może nie aż tyle, zanim dowiedzieli się, że przyjdę na świat minęły jakieś cztery-pięć tygodni, potem musieli trochę odczekać zanim ubzdurało im się, że będę chłopcem. No powiedzmy, pięć i pół) – przecież nie ma aż tyle czasu!
    Będąc już w domu z no-nameową mną (już wtedy nazywaną Frankie, noale jak to Frankie, z takim imieniem mogłabym zrobić karierę jedynie w budce z frytkami albo branży porno, już nie wiedzieć co gorsze) włączyli telewizor. Leciał akurat film z Lauren Bacall, więc spojrzeli po sobie, uznali, że Lauren to imię mogące mi zagwarantować przyszłość. I taka już miałam zostać. Ale tata, jak to tata, idąc do urzędu zarejestrować swoje nowo-narodzone (to było jakoś w ostatniej chwili, serio, może nawet przez chwilę byłam nielegalna?) zapomniał, że miało być Lauren. Pewnie z wrażenia. I dał Laura. Bo podobne.
    I tak wszyscy mówią Frankie.
    Śmieszne jest też to jak trafiłam do swojego domu. Pierwszego dnia Hogwartu, jeszcze na stacji, napotkałam na swojej drodze cudownego chłopca i niemal od razu się w nim zakochałam. Przez całą drogę przeprowadzałam reasearch by dowiedzieć się kim jest i, co najważniejsze, do którego domu należy. Misja ta zakończyła się powodzeniem, dzięki czemu w momencie wahania Tiary mogłam ją poprosić by przydzieliła mnie do tego samego (normalnie jak Harry Potter!). Niestety, po raz kolejny okazało się, że działałam zbyt impulsywnie. Już tego samego wieczora, po trafieniu do dormu, miałam takie „oboszeobszeobosze, gdzie ja jestem?!” i poszłam szukać opiekuna z pytaniem czy jeszcze nie jest za późno by jednak się przenieść.
    No peszek. Było.
    Ale no worries, po kilku dniach bytności na dnie otchłani rozpaczy wzięłam się w garść i teraz nie zamieniłabym się na żaden inny.

      Similar topics

      -

      Obecny czas to Pon Sie 21, 2017 5:49 am