Annie Gaiman

    Share
    avatar
    Annie Gaiman

    Liczba postów : 75
    Płeć : Female

    Annie Gaiman

    Pisanie by Annie Gaiman on Nie Lut 10, 2013 6:51 pm

    ANNIE GAIMAN

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Anna Francesca
    2. Nazwisko: Gaiman
    3. Data urodzenia:10 listopada 1992 rok
    4. Miejsce urodzenia: Barry Island, Walia. Wychowałam się jednak w Bristol.
    5. Miejsce zamieszkania: Londyn
    6. Czystość krwi: Jeśli uznać dziadka-szamana za pełnoprawnego czarodzieja to czysta.

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina:
    Moja familia nie jest jakoś przesadnie skomplikowana czy odbiegająca od normy. Znaczy, owszem, moi rodzice po przejściu taty na emeryturę (mama zarabia jako pisarka, ale o tym potem) przenieśli się do Prowansji i tam wiodą sobie cudny żywot w uroczym domku pośród pól lawendy (naprawdę. Mieszkają na odludziu, znaczy, nie całkiem, nie jak wariaci czy psychopaci, dwa i pół kilometra od Saint-Antonin-sur-Bayon, można tam dojść nawet spacerkiem. Ale jednak. To stary, ceglany domek z niskim dachem otoczony polami lawendy. Miło spędza się wakacje w tych okolicach, tak sielsko, tylko czasem za gorąco, jednak Anglia jest znacznie przyjemniejsza pod kątem klimatu.
    Im to jednak nie przeszkadza.
    Więc, jak zapewne zdążyliście zauważyć, wciąż mam dwoje rodziców. I, chyba wypadałoby nawet od tego zacząć, jest w nas jednak coś nietypowego. Mianowicie moje piękne, angielskie nazwisko mam po mamie, nie tacie. Tata zresztą też nosi jej, jest znacznie prostsze w zapisie. Ciężko zmieścić się w rubryczce z podaniem o kartę płatniczą musząc podpisać się jako Chukwumereije.
    Na jego akcie urodzenia widnieje Peter Mbawe Chukwumereije właśnie. Na wizytówce już zwykłe - Peter M. Gaiman, brzmi bardzo dostojnie. I tak europejsko! Co prawda dziadek - o dziadku zaraz opowiem - trochę się burzył na te zmiany, ale zawsze był pragmatycznym człowiekiem. W końcu zrozumiał!
    Więc Peter pracował w Ministerstwie Magii, w departamencie Magicznych Gier i Sportów, doszedł nawet względnie daleko na szczebelkach kariery i miał własny gabinet. Po tym jak skończyłam szkołę przeszedł na emeryturę by mogli z mamą spełnić swoje największe marzenie. Czyli zamieszkać w starym domku na polu lawendy, nie ma w tym niczego dziwnego, prawda? Tym bardziej, że jest typem cichego człowieka. Spokojnego. Lubi zaszyć się z książką gdzieś na strychu albo porzeźbić w drewnie, mimo swoich sześćdziesięciu ośmiu - dobrze słyszycie - lat wciąż wygląda zdrowo. Codziennie rano jeździ na rowerze, po mąkę na świeży chleb. Dla mamy. I bułeczki. Dla siebie i dziadka.
    Moja mama, Lilian Gaiman, ma lat sześćdziesiąt cztery i odkąd pamiętam zarabia na życie pisaniem romansideł. Żaden z niej Sparks ale są całkiem poczytne, większość z nich ma miejsce właśnie we Francji i opowiada o pięknych, wakacyjnych miłościach. Ponadto pisze już nieco mniej popularnie (mówiąc „nieco mniej” mam na myśli w ogóle) książki kulinarne, sądzę, że beztalencie w tej dziedzinie odziedziczyłam właśnie po niej. Mimo swojego wieku uważam, że jest absolutnie przepiękną kobietą - ma piękne, niebieskie oczy, taką delikatną skórę i długie włosy, dzisiaj siwe - niegdyś w kolorze pszenicy - związane w warkocz. Jest znacznie głośniejsza od papy, czasem mam wrażenie, że ona mówi bez przerwy a on tylko przytakuje głową.
    Warto teraz przejść do dziadka. Dziadek, Babatunde Dumisani Chukwumereije - mówimy na niego dziadek Dede - lat ma prawie sto (bez pięciu) i wywodzi się z Afryki. Dopóty nie poznał babci żył sobie w oddalonej od świata wiosce pełniąc zaszczytną rolę miejscowego szamana (dzięki niesamowitym umiejętnościom magicznym objął tę funkcję już w wieku szesnastu lat, to naprawdę imponujące). Jednak świat chciał by osiągnął coś więcej. Gdy miał lat dwadzieścia pięć wojna dotarła do Afryki i ten zaciągnął się do wojska by chronić swoich ludzi. Ucierpiał podczas jednej z misji i gdzieś tam, na końcu świata, poznał Cecilię Neil, rodowitą Walijkę, moją babcię. Historia bardziej wzruszająca niż wszystkie romanse mojej mamy razem wzięte. Mój tata urodził się jeszcze na czarnym kontynencie ale gdy skończyła się wojna cała trójka przeniosła się do Wielkiej Brytanii (może po części dlatego, że wioska mojego dziadka już nie istniała?). Tam na Barry Island, przez sześćdziesiąt lat, do śmierci babci, prowadzili wspólnie magiczny sklep. Dziadzio Dede niechętnie przeniósł się z rodzicami do Prowansji, choć przyznaje, że czasem czuje tam „podmuch Afrykańskiego powietrza”. Wtedy jego oczy zachodzą mgłą i wpatruje się gdzieś poza horyzont, wiem, że tęskni.
    To jednak nie koniec!
    Mam bowiem jeszcze starszą siostrę. I to o całe dwadzieścia trzy lata, naprawdę sporo. Margo, po mężu Ackermann, ma teraz czterdzieści-kilka, nie liczę bo tego nie lubi - i jest kobietą sukcesu. Wzięty lekarz w Mungu, serio, pewnie was leczyła i nawet o tym nie wiecie! Za mąż wyszła późno, dopiero dwa lata temu, czasami trzeba poczekać na tego jedynego. Mam jednak wrażenie, że Daniel jest mężczyzną na którego warto czekać. Mają córeczkę, Lenorę, uwielbiam ją ponad życie i rozpieszczam zapewne tak, jak Margo mnie kiedyś. Jest naprawdę najlepszą siostrą pod słońcem, ja więc staram się być najlepszą ciocią co nie jest wyzwaniem przy tak cudownym dzieciątku. Ma zaledwie trzy miesiące - a tak pięknie się uśmiecha. I potrafi się witać po hiszpańsku, ola!
    2. Pokrewieństwo: brak
    3. Status majątkowy: powyżej przeciętnej

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Ravenclaw
    2. Referencje zawodowe: Nie nadaję się do pracy w żadnej kawiarni ani innym miejscu, które podaje jedzenie - dobrze czułabym się pewnie w herbaciarni, nawet jeśli trzeba podawać w niej ciasta - przecież ja nie będę ich piec, a kroję bardzo dobrze. Wolałabym jednak pracować w jakiejś miłej księgarni, podobno ma się dzięki temu zniżki na książki, a taka obserwacja zakupów innych ludzi daje mi pole do ćwiczeń przed karierą psychologa.
    3. Wykonywany zawód:
    4. Zarobki:

    C1. Studia

    1. Wyniki owutemów:
    1. ZAKLĘCIA - N
    2. OBRONA PRZED CZARNĄ MAGIĄ - P
    3. TRANSMUTACJA - Z
    4. ELIKSIRY - N
    5. ZIELARSTWO - N
    6. OPIEKA NAD MAGICZNYMI STWORZENIAMI - O
    7. WRÓŻBIARSTWO - O
    2. Kierunek studiów: Antropologia kultury magicznej
    3. Rok studiów: I

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: Sto sześćdziesiąt trzy centymetry.
    • Budowa ciała: Najnormalniejsza w świecie, choć narzekam na swoje biodra uznając je za szerokie.
    • Kolor oczu: Niebieski
    • Kolor włosów: Ciemny brąz
    • Cechy charakterystyczne: Uśmiech na twarzy, pieprzyk poniżej wargi, nie lubię gdy nazywa się mnie czekoladką. Często noszę słomkowy kapelusz.

    2. Opis szczegółowy:
    Ja naprawdę nie uważam się za nikogo wybitnego i zupełnie mi to nie przeszkadza. Często dziewczęta mówią - och, jestem taka przeciętna, och jestem brzydka i mają nadzieję, że chłopcy (albo inne dziewczęta, no jugding, always should be someone you really love) zaraz to sprostują i powiedzą, ach nie - jesteś najpiękniejsza na świecie.
    U mnie to tak nie działa.
    Owszem, jako przedstawicielce płci piękniejszej przysługuje mi pewien pierwiastek próżności, staram się go jednak wykorzystywać w innych celach niźli stanie przed lustrem. Owszem, uważam się za ładną dziewczynę, lubię swoje lekko kręcone włosy, i pieprzyk poniżej wargi, i niebieskie oczy ładnie kontrastujące ze skórą, tyle, że wszystkie dziewczęta są ładne. Nie sądzę by odwracali się za mną chłopcy gdy przechodzę ulicami Londynu - zupełnie mi to nie przeszkadza, wystarczy by obrócił się ten jeden właściwy.
    W metrze pewnie też wtapiam się w tłum. W końcu jestem przeciętnego wzrostu i przeciętnej wagi (w sekrecie wam powiem, że uważam swoje biodra za nieco za-szerokie i walczę z tym jedząc jeszcze więcej czekolady. I chodząc na fitness! I jogę!), na dodatek moja szafa składa się z ubrań głównie w odcieniach szarości, lubię kiedy są wygodne.
    Nie znaczy to, że jakiś ze mnie flejtuch czy dziewczę chodzące tylko w legginsach, potrafię się „odpicować”, zajmuje mi to cały dzień i okupuję łazienkę doprowadzając tym innych do szału - ale kiedy już wychodzę z niej majestatycznym krokiem to czuję się najpiękniejsza na świecie, chyba właśnie ten sposób pożytkuję swój pierwiastek próżności.
    W rubryczce „cechy charakterystyczne” najchętniej wpisywałabym uśmiech na twarzy bo rzeczywiście - uśmiecham się nawet przez sen i co złośliwsi pytają czy aby nie boli mnie szczęka przez to wieczne szczerzenie się. Odpowiadam nie, skądże - śmiech to samo zdrowie. Każdy zasługuje na ciepło, z takiego założenia wychodzę, dlatego uśmiecham się do panów na ulicy i pań w autobusach, do kasjerek w sklepie i policjantów na dworcu. Czasem ci kręcą oczyma, najczęściej jednak odwzajemniają uśmiech - lubię myśleć, że dzięki temu są chociaż odrobinę szczęśliwsi.

    E. Charakter

    1. Opis charakteru:
    Wytrwale prowadzę dwudziestoczterogodzinny projekt DOBRO, przez siedem dni w tygodniu, trzysta sześćdziesiąt pięć - a czasem nawet i sześć - w roku. Projekt DOBRO, oprócz ciągłego parzenia herbaty, długich rozmów na temat przeżyć wewnętrznych czy czynnego uczestnictwa w życiu najbliższych, zakłada naprawę świata. Mam ten talent do odnajdywania najbardziej pokręconych, nieszczęśliwych, pokrzywionych ludzi - i kiedy już znajdę staram się naprawić, ukoić, wyprostować, być ich prywatnym Yodą szczęścia. Zgłębiać dla nich tajniki dobrej strony mocy! Oczywiście, na samym początku spotyka się to z wielką niechęcią, próbuje się mnie zbyć sarkazmem - na całe swoje szczęście w ogóle go nie wyczuwam (prawdziwa historia, ironia na mnie nie działa, nie łapię złośliwości), z czasem jednak daje swoje rezultaty. Znaczy, wiem, że będzie dawać. Nie mam zbyt długiego stażu w naprawie świata, jestem jednak bardzo cierpliwa i wytrwała, wiem, że wszystko przychodzi z czasem. Jedyne co jest pewne w ludziach to to, że się zmieniają. Naprawdę w to wierzę.
    Staram się by ludzie czuli się w moim towarzystwie lepsi i żeby to poczucie zostawało już z nimi na stałe- przecież nie zawsze chodzi tylko o mnie.
    Czasem ten mój entuzjazm i projekt DOBRO denerwują ludzi, przeganiają mnie machnięciem dłoni i jakimiś ważnymi sprawami do załatwienia, nie chcą mnie słuchać. Wtedy idę pogadać z duchami, lubię ich towarzystwo. Czasem mam wrażenie, że oni też potrzebują mojej uwagi, czują się bardzo samotni. Chyba nie ma nic gorszego niż samotność.
    Dobrze wiem, powinnam się teraz skupić na sobie, bo to moja rubryczka charakter i opisuję właśnie siebie a nie innych ludzi czy projekt DOBRO (chociaż, projekt DOBRO uważam za jedną z najważniejszych części mojej osoby) - często mi się to zarzuca, że zamiast na sobie skupiam się na innych, Annie to niezdrowe, blablabla. Właśnie - to ważne, mówi się do mnie tylko Annie, nie lubię innych odmian swojego imienia bo kojarzą mi się z Anną Kareniną a ja naprawdę nie znoszę laski. Podobnie jak Catherine Earnshaw - mam nadzieję, że wspólnie gniją w jakimś literackim piekle. Moja nienawiść do ich głupoty jest tak silna, że nie starczy mi jej już na nic - ani nikogo! - innego. Tylko miłość!
    Gdybym miała się zastanowić nad tym co lubię… byłaby to pewnie herbata, naprawdę uwielbiam herbatę, tak najbardziej na świecie. Uważam też, że robię ją naprawdę dobrą, długo wybieram gatunki, mamy w mieszkaniu całą półkę z herbatą, prawdziwa historia - nie potrafię za to gotować. W ogóle, nic a nic. Przypalam nawet jajecznicę. I tosty w tosterze. A gdy próbuję zrobić zupę wychodzi mi mdła, zielona breja bez smaku. To chyba moja największa tragedia, gotowanie zawsze kojarzyło mi się z dbaniem o innych, a mnie wywalają nawet z kursów twierdząc, że nie ma nadziei… Dlatego też co rano jem płatki z mlekiem bo nie można ich popsuć. I zapewniam was, to jeden z ulubionych momentów w ciągu dnia, prawdziwa historia, przecież jest ich tyle rodzajów. I sposobów jedzenia. Jedne - na przykład kukurydziane czy kuleczki - są lepsze „na chrupko” i nie wolno dać im zmięknąć, inne - jak miodowe kółka czy łódeczki - powinno się jeść tylko kiedy są przesiąknięte mlekiem. Przepadam też za jedzeniem rzeczy z kubka. Zupy z kubka. Makarony z kubka - nie znaczy, że takie chemiczne, skądże znowu, tylko zamiast używać talerza, mam kubek, taki z chmurą.
    Przynajmniej potrafię szybko kroić warzywa, jeśli to cokolwiek znaczy.
    Ponadto kiwi, lubię rzeczy o smaku kiwi. Oraz te o zapachu kokosa - choć sam owoc już niekoniecznie - mydło pod prysznic, płyn do kąpieli, balsam, krem do rąk (zawsze mam przy sobie krem do rąk o zapachu kokosa i używam go absolutnie wszędzie), ale tak najbardziej to rzeczy o kształcie chmury. Mam pokaźną kolekcję poduszek w kształcie chmur, breloczków, figurek, słoiczków, łyżek a także szalików z ich ornamentem, kubków, miseczek, koszulek, mam nawet jedną chmurną bluzę. Nie wiem skąd wzięło się to uwielbienie - ale chmury są takie piękne, szczególnie na niebieskim niebie, na dodatek wydają się tak przyjemnie miękkie. Ludzie nie mają problemów z kupowaniem mi prezentów na urodziny, wystarczy chmura - ja nie mam problemów z wymyślaniem co można by innym podarować bo uwielbiam dziergać. Szczególnie pokrowce na czajniki - herbatka musi być ciepła - i szaliki. Szaliki są istotną częścią garderoby, szczególnie w okresie jesienno-zimowo-wiosennym, angielskie wiatry bywają złudne. A moje są przyjemne, miękkie i nie gryzą!
    W torbie, oprócz całej masy damskich rupieci, mam przy sobie słownik - lubię na bieżąco sprawdzać trudne słowa których nie rozumiem - i dwie paczki skittlesów, na wypadek gdyby jedna z nich się skończyła. Jestem też wielką szczęściarą, naprawdę, jak spóźniam się na peron to okazuje się, że metro też spóźnione, nigdy nie pada kiedy zapomnę wziąć parasola (z chmurami) i często znajduje funty na ulicy. Potem, co prawda, oddaje je bezdomnym, ale i tak czuję się wielkim wygrańcem. Może to wynikać po części z tego, że jestem niezdrowo wręcz naiwna. Bardzo łatwo mnie oszukać, uwierzę niemal we wszystko wychodząc z założenia, że przecież nie ma sensu kłamać. Ponadto, przez tę naiwność, wierzę w przeznaczenie - naprawdę, uważam, że determinizm sprawczy kieruje naszym życiem, wszystko ma jakiś cel i sens! Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nawet rozwiązana sznurówka na środku ulicy do czegoś prowadzi bo może dzięki tej rozwiązanej sznurówce zobaczę coś, co zmieni moje życie. Kto wie, że tak nie jest!
    W wolnym czasie lubię bawić się w Hawaje - marzę, że kiedyś je odwiedzę. Ale tak wiecie, polecę pierwszą klasą, będę mieszkać w pięknej, pięciogwiazdkowej chatce przy plaży i oglądając zachód słońca tańczyć Hula z drinkiem w ręku. To takie egoistyczne pragnienie - jak widać, potrafię myśleć o sobie!
    No dobrze, nie wyobrażam sobie wycieczki na Hawaje bez najbliższych mi osób…

    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: Projekt DOBRO, parzenie herbaty, dzierganie, opiekowanie się Lenorą, odwiedzanie duchów i zabawa w Hawaje.
    • Ulubione: Rzeczy o smaku kiwi, zapachu kokosa i kształcie chmur, ponadto stare, rockowe kawałki, moją ulubioną piosenką jest Can’t fight this feeling REO speedwagon, uwielbiam wyć razem z wokalistą choć nie mam talentu wokalnego. I kulinarnego.
    • Inne: Staram się wszystko jeść z kubka lub przynajmniej miseczki, nie lubię płaskich talerzy. Noszę przy sobie słownik i dwie paczki skittlesów na wypadek, gdyby jedna się skończyła. Co roku jeżdżę na Comic - Con i bawię się w nerda.

    F. Przeszłość
    Prawda jest taka, że niewielę mogę powiedzieć o swojej historii, biorąc pod uwagę, że nie mam jeszcze nawet dwudziestu lat. Nigdy mi niczego nie brakowało i rodzice, i siostra, i dziadkowie rozpieszczali mnie jak tylko się dało, poświęcali naprawdę sporo uwagi, stąd chyba we mnie tyle czułości i chęci opiekowania się innymi ludźmi.
    Czasy Hogwartu wspominam naprawdę miło i chyba stąd pomysł by zostać w szkole na studium, chociaż od zawsze wiedziałam, że jak „będę duża” zostanę psychologiem - co prawda ciężko połączyć i magiczne studia, i te normalne w Londynie oraz - na dodatek - jeszcze jakieś próby pracy, jednak się staram. Zawsze mogę zrezygnować kiedy okaże się to niemożliwe, prawda?


      Obecny czas to Nie Cze 25, 2017 10:01 pm