Gina Pressley

    Share
    avatar
    Gina Pressley
    Tancereczka

    Liczba postów : 323
    Płeć : Female

    Gina Pressley

    Pisanie by Gina Pressley on Nie Lut 17, 2013 7:11 pm

    Gina Pressley

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Virginia Iris
    2. Nazwisko: Pressley
    3. Data urodzenia: 01/05/1992
    4. Miejsce urodzenia: Londyn
    5. Miejsce zamieszkania: Londyn
    6. Czystość krwi: 1/4

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina: Zupełnie nie rozumiem dzieciaków, które narzekanie na rodzinę uważają za swoją życiową misję, choć tak właściwie robią tylko z igły widły. Nigdy nie przechodziłam przez ten etap, nawet wtedy, gdy uciekłam z domu. To był bardziej kaprys i przejaw nastoletniego buntu, może jednak pomińmy ten temat. W gruncie rzeczy, rodzina jest mi bardzo bliska. Tak, nawet matka, która chyba wcale nie pogodzi się z tym, jaką ścieżkę życia wybrałam. Nigdy nie miałam w niej wsparcia, zawsze była przeciwna baletowi i nie przepuściła okazji, by stwierdzić, że marnuję swój potencjał. Gdyby to od niej zależało, nigdy nie zapisałaby mnie na zajęcia taneczne – szczęśliwie dla mnie, we wszystkim słuchała się taty i skapitulowała również w tym temacie. Choć nie ulega wątpliwości, że wolałaby, żebym zajęła się czymś ambitnym, najlepiej pracą w szpitalu. Z resztą, ona sama tam pracuje. Na recepcji bo na recepcji, ale prestiż teoretycznie ten sam. Niektórzy mówią, że jesteśmy do siebie podobne, ale wychodzi na to, że odziedziczyłam po niej jedynie wygląd. Akurat nad tym ubolewać nie zamierzam, a co więcej, nawet mam nadzieję, że będę wyglądać w jej wieku równie dobrze.
    Tatę miałam najwspanialszego na świecie. Miałam, już nie mam. Umarł w tym roku na zawał serca. Mogłabym powiedzieć o nim naprawdę sporo: że miał na imię Mason, że pracował w Ministerstwie Magii w Departamencie Magicznych Gier i Sportów, że uwielbiał trenować Quiddtcha, że zbierał gargulki i o wiele więcej. Staram się jednak omijać ten temat szerokim łukiem, jeszcze nie udało mi się pogodzić ze świadomością, że już go nie ma. Zawsze byłam jego oczkiem w głowie. Może dlatego, że noszę dumne miano jego pierwszej córeczki, a może dlatego, że tylko ja z naszej trójki nie zostawiłam rodzinnego domu w wieku jedenastu lat i nie wyjechałam na drugi koniec Wielkiej Brytanii. Jako jedyny nie patrzył na mój balet z przymrużeniem oka – wspierał mnie we wszystkim od pierwszych zajęć, był na wszystkich moich występach i to on przekonał mnie do tego, żebym nie czekała uparcie na list z Hogwartu, a spróbowała podążać za swoimi marzeniami i zgłosiła się na przesłuchanie do Królewskiej Szkoły Baletowej. Odkąd go nie ma, nagle wszystko stało się trudniejsze.
    Ale może zmieńmy temat.
    Mam dwoje rodzeństwa – starszego brata i młodszą siostrę.
    Z Leroyem widuję się nieporównywalnie częściej odkąd porzucił pracę w Hogwarcie i zamieszkał w Londynie. Naprawdę się z tego cieszę, bo moim zdaniem marnował się w roli jakiegoś tam asystenta pielęgniarki. Plus, mam komu kraść kawę. Znaczy, pewnie dopiero będę miała, bo na razie mieszka jeszcze u swojej dziewczyny na East End i głupio mi aż tak często opróżniać ich wspólną puszkę. Ale coś tam mówi o tym, że planuje się przeprowadzić i że to nie na stałe, więc jestem dobrej myśli. Starszy brat to naprawdę fajna sprawa. Choć ja straciłam główny przywilej z jego posiadania (w postaci fajnych kolegów) kiedy skończył jedenaście lat, ale teraz wreszcie będę mogła to sobie odbić.
    Siostra ma na imię Lauren, choć wszyscy mówimy na nią Frankie, bo miała urodzić się chłopcem. Aktualnie jeszcze uczy się w Hogwarcie, więc widujemy się jedynie w czasie wakacji, chyba, że skończą jej się kosmetyki, postanowi urwać się ze szkoły, odwiedzić mnie i opróżnić moją kosmetyczkę. Wiecie jak to z młodszymi siostrami bywa. Przynajmniej od mojej szafy trzyma się z daleka, bo nie mieści się w moje ubrania.
    Mówi się, że środkowe dzieci mają w życiu najgorzej, ale ja jakoś nigdy tego nie odczułam. Nawet wtedy, kiedy urodziła się Frankie i nagle przestałam być najmniejszym dzieckiem w rodzinie, równocześnie tracąc immunitet jedynej dziewczynki. Chociaż byłam wtedy chyba zbyt mała, żeby móc zrozumieć jaka to wielka tragedia, a potem po prostu się do tego przyzwyczaiłam. Z drugiej strony, pewnie byłoby mi smutno, gdybym nie miała kogo czesać i przebierać. Leroy pewnie nie dałby się wciągnąć w takie zabawy.
    2. Pokrewieństwo: Leroy Pressley – brat, Frankie Pressley – siostra
    3. Status majątkowy: Przeciętny

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Królewska Szkoła Baletowa w Londynie i Wyższa Szkoła Baletowa
    2. Referencje zawodowe: Kiedy miałam cztery lata, po raz pierwszy zobaczyłam balet. To był Dziadek do orzechów, wystawiany jak zwykle śnieżną zimą w niedalekim odstępie od świąt. Poszliśmy w trójką: tata, Leroy i ja, mama została w domu z Frankie, ona nigdy nie lubiła tego typu rozrywki. Brat krzywił się przez cały spektakl, ale ja patrzyłam jak zaczarowana, chociaż moje stopy nie dotykały nawet ziemi. Następnego dnia oznajmiłam rodzicom, że tu i teraz chcę rozpocząć karierę w balecie, a po trwającej cały tydzień batalii, w której nie wahałam się przed sięgnięciem po najcięższą artylerię w postaci milczenia i odmawiania jedzenia, wreszcie się ugięli i zapisali mnie na zajęcia taneczne. Od samego początku wykazywałam zaskakującą jak na takiego dzieciaka smykałkę, nic więc dziwnego, że w wieku jedenastu lat stanęłam przed komisją rekrutacyjną, ubiegając się o przyjęcie do Królewskiej Szkoły Baletowej. Informacja o akceptacji pojawiła się w naszej skrzynce dokładnie w tym samym czasie, gdy uparcie wyczekiwałam listu z Hogwartu. Szczęśliwie, w pewnym momencie zrezygnowałam z ułudnych marzeń i udało mi się złożyć wszystkie wymagane dokumenty we właściwym czasie. W przeciwnym wypadku mogłabym czekać na tą piekielną kopertę do tej pory i zaprzepaścić całą swoją przyszłość. Naukę kontynuowałam w Wyższej Szkole Baletowej, którą skończyłam minionego roku.
    I chociaż bardzo szybko dostałam angaż do Królewskiego Baletu przy Royal Opera House, doskonale zdaję sobie sprawę, że kariera tancerki nie jest karierą na całe życie. Jeśli nawet wszystkie moje kończyny wytrzymają we względnie dobrym stanie do trzydziestki i tak pożegnają się ze mną i zastąpią mnie młodszą, tak to już działa w tym biznesie. Dlatego też podjęłam wieczorowe studia na londyńskim uniwersytecie. Śmiejcie się, jestem świetnie aspirującym przyszłym architektem.
    3. Wykonywany zawód: Tancerka Królewskiego Baletu
    4. Zarobki: niskie

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: 162 cm
    • Budowa ciała: Filigranowa
    • Kolor oczu: Piwny
    • Kolor włosów: Ciemnobrązowy
    • Cechy charakterystyczne: Cała jestem charakterystyczna

    2. Opis szczegółowy: Kiedyś sądziłam, że wolno mi więcej, niż innym tylko dlatego, że jestem ładna. Wtedy coś w tym było: miałam grono przyjaciółek, z którymi balowałam do białego rana, nauczyciele przymykali oko na moje wyskoki i zawsze potrafiłam postawić na swoim. Mogę powiedzieć z pełną świadomością, że przez pewien czas byłam naprawdę próżną nastolatką – bez problemu mogłabym zagrać rolę stereotypowego czarnego charakteru w tych idiotycznych, licealnych komedyjkach. Wszystko zmieniło się, kiedy skończyłam szkołę i okazało się, że ładna buzia nie zapewni mi lepszej roli, a ludzie nagle przestali oceniać mnie po wyglądzie. Albo po prostu poukładało mi się trochę w głowie. Nie twierdzę, że porzuciłam wszystko, co powierzchowne, żeby zacząć pielęgnować swoje wnętrze. Nie lubię kłamać, chyba, że mogę coś na tym ugrać. W gruncie rzeczy, nie potrafiłabym tak z dnia na dzień przestać o siebie dbać i wyjść z domu w powyciąganym dresie i nieumytych włosach. Zwłaszcza włosach, na ich punkcie mam bzika i bez wątpienia właśnie je lubię w sobie najbardziej. Są proste i kasztanowe, w dodatku bardzo długie, bo sięgają aż do pasa. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak to czasem potrafi zmienić fryzurę. Przedziałek noszę z reguły na środku, ale czasem, kiedy mam taki kaprys, lubię z nim poeksperymentować. Nigdy nie narzekałam na swój wygląd, nie miałam też jakiś szczególnych kompleksów. Z resztą, skoro i tak tego nie zmienię, jaki jest sens w zamartwianiu się? Sądzę, że udało mi się ugrać całkiem sporo w genetycznej ruletce. Mam pociągłą twarz z ciut wystającym podbródkiem i słabo zarysowanymi kościami policzkowymi, dolną wargę szerszą niż górną i prosty nos, na którym w lecie pojawiają piegi. Moje oczy mają piwną barwę, są całkiem słusznych rozmiarów i otacza je firana jako takich rzęs. Nie mogę powiedzieć, żeby były szczególnie długie czy uroczo wywinięte, ale już w szkole nauczyłam się, że odrobina tuszu potrafi zdziałać cuda.
    Jestem bardzo niska, bo udało mi się osiągnąć trochę powyżej stu sześćdziesięciu centymetrów wzrostu. Sprawiam jednak wrażenie znacznie wyższej, chyba ze względu na dość nieproporcjonalną, choć typową dla baletnic, budowę ciała. Myślę, że z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mam nogi sięgające po samą szyję – są bardzo długie, przy względnie krótkim tułowiu. Jestem dość filigranowa, ale to dobra cecha w mojej branży. Wąskie biodra, szczupła talia, niewielki biust – ale wszystko na swoim miejscu.
    Najbardziej nie lubię swoich stóp, które ukrywam, kiedy tylko mogę. Nie wiem, czy kiedyś widzieliście, jak wyglądają nogi po kilku godzinach tańca w pointach, ale nie jest to widok zbyt przyjemny dla oka. Dbam więc o walory estetyczne i staram się nie chodzić boso, a w lecie unikam sandałów. Chociaż czasami łatwiej powiedzieć, niż zrobić.
    Moją słabością są ubrania. Mam ich zdecydowanie zbyt dużo i już dawno skończyło mi się miejsce w szafie. Mówię otwarcie, że powinno trzymać się mnie z dala od wyprzedaży, bo potrafię przepuścić na nich połowę wypłaty. Albo inaczej – dzień bez zakupów to dla mnie dzień nieudany. Od maleńkości lubię się stroić, mam skłonność do przebierania się kilka razy dziennie, jeśli tylko stwierdzę, że coś mi nie pasuje, albo po prostu mam taki kaprys. Nie rozstaję się tylko z dość starą, skórzaną kurtką, która zawsze poleguje na tylnym siedzeniu mojego samochodu. Brytyjska pogoda bywa kapryśna.


    E. Charakter

    1. Opis charakteru: Jestem tylko dziewczyną jednej chwili, która znika z myśli równie szybko, co z pola widzenia. Lawiruję pomiędzy ludzkimi umysłami, nigdy nie zapadając w pamięć. I nie przeszkadza mi to. Kiedy mnie widzisz, śmieję się. Lubię się śmiać, nie traktuję życia poważnie. Złapię cię za rękę, pociągnę na najbliższy dach i rzucę w przechodniów pierwszym balonem z wodą. Ty rzucisz kolejnym. Potem będziemy tańczyć w deszczu i włóczyć się po mieście bez żadnego celu aż do białego rana. Nie pozwolę ci się nudzić, nie pozwolę ci milczeć – sprawię, że się uśmiechniesz, nawet jeśli tylko przez chwilę. Kiedy jestem, śmieję się. Kiedy mnie nie ma, to już nie mój problem. Mogłabym sprzedać każde swoje wczoraj, nie przywiązuje się do przeszłości. Było, minęło. Nie chowam urazy, nie kocham długo, nie pamiętam o obietnicach. Dla mnie liczy się tylko to, co jest i to, co może być. Wiem, czego chcę. I z reguły znajdę sposób, żeby to dostać. Jeśli wyrzucą mnie drzwiami, wejdę oknem. Tylko ubiorę się porządnie i poprawię fryzurę, nie chciałabym źle wyglądać na zdjęciach do kartoteki policyjnej, w dzisiejszych czasach systemy alarmowe funkcjonują całkiem nieźle. Mam z nimi pewne doświadczenie, ale to dłuższa historia. Może minęłam się z powołaniem i powinnam zostać dziennikarką? Nie jestem cierpliwa – zdecydowanie wolę wziąć sprawy w swoje ręce, niż potulnie czekać na swoją kolej. Nie lubię być zdobywana, to mnie męczy. Bycie niewiastą osnutą mgłą tajemnicy i posyłającą zachęcające spojrzenia nigdy nie należało do moich aspiracji – mam naturę łowcy, sama stawiam pierwszy krok. Wypatruję swój cel i nie zastanawiam się, po prostu przechodzę do działania. Zaskakuję. Kiedyś zdobyłam chłopaka, ukrywając się nago na tylnym siedzeniu jego samochodu. Nie uwierzycie, ale poskutkowało. Czy to lepiej dla mnie? Nie wiem, niektórzy twierdzą, że nie. Nie rozumiesz o co chodzi? Już tłumaczę. Wyobraź sobie, że widzisz naprawdę ładną dziewczynę, pewnie uparcie próbującą ukryć siniaki pod grubym golfem, w towarzystwie faceta, do którego ty nawet bałbyś się podejść. Zastanawia cię, co ona w nim widzi i dlaczego pozwala się tak traktować, przecież tak łatwo mogłaby sobie znaleźć kogoś lepszego. Kojarzysz ten scenariusz? Dokładnie, tą dziewczyną pewnie będę ja. Nie zamierzam się z tego tłumaczyć, nigdy tego nie robiłam. Nigdy też nie mogłam przyprowadzić chłopaka do rodziców, ani liczyć na to, że zaakceptują go moi znajomi. Nie wiem, może po prostu głupieję, gdy widzę przystojnego gościa w skórzanej kurtce, najlepiej na motorze, a może potrzebuję solidnej dawki adrenaliny. Jeśli tak właśnie chcesz sądzić, nie zabronię ci. Opinia innych nigdy nie miała dla mnie większego znaczenia. Pamiętam, że tata śmiał się kiedyś, że związki zaczynają się dla mnie z pierwszym podbitym okiem. Jakby to jeszcze była reguła. Czasami dochodzę do wniosku, że patrzę na życie zbyt trzeźwo. Nie jestem ani optymistką, ani pesymistką, nie posuwam się do wartościowania, w żadną stronę. Dla mnie w szklance po prostu jest woda. Jeśli poczuję pragnienie, wypiję ją. Z reguły najpierw robię, a dopiero potem myślę. Raz podpisałam cyrograf z diabłem, zaprzedałam mu swoją duszę. Kupiłam wtedy swoją pierwszą działkę morfiny. Do tej pory mam jego numer w komórce, nawet na szybkim wybieraniu. Czasami idziemy razem do piekła i pijemy whisky. Nie, nie jestem narkomanką, to takie brzydkie słowo. Nie sprzedaję życia za działkę, nie potrzebuję tego, po prostu chcę. To pomaga mi na obolałe stopy, pomaga też na głowę. Mogę przestać w każdej chwili, jeśli tylko przyjdzie mi na to ochota. Nie przychodzi, a ja nie zamierzam nad tym płakać. Płakałam tylko wtedy, gdy umarł mój ojciec. Przez całą noc. Ale na jego pogrzebie nie uroniłam nawet łzy, nie chciałam, żeby ludzie się nade mną roztkliwiali. Jestem przekonana, że wielu pomyślało wtedy, że zniosłam to najlepiej z całej rodziny, to nie prawda. Tata był mi najbliższy ze wszystkich, on najbardziej wspierał mnie w moich wyborach i jako jedyny nie traktował mojej kariery w balecie z przymrużeniem oka. Odkąd mogę odwiedzać go jedynie na cmentarzu, zupełnie straciłam apetyt. Nie uważam tego za problem, po prostu nie czuję głodu. A kilka kilo mniej nie zaszkodziło jeszcze żadnej baletnicy. Właściwie, żywię się jedynie kawą (chociaż czasami zdarzy mi się zjeść całą blachę szarlotki na raz. Uwielbiam szarlotkę, ale naprawdę nie chcecie wiedzieć, jak to się potem kończy), najlepiej tą ze Starbucksa – czasami dochodzę do wniosku, że przepuszczam tam przynajmniej połowę swojej wypłaty. Nie przepadam za herbatą, wydaje mi się zbyt mdła. Udaję więc, że nie widzę wszystkich nowych nabytków, które zajmują coraz więcej miejsca w kuchennych szafkach. Swoją drogą, jak tam zamieszkałam to bardzo zabawna historia. Ale teraz opowiem wam zupełnie inną. Kiedyś jakiś niedorobiony filozof, chcąc podłechtać moje ego i wyciągnąć mnie na randkę, zapytał czy istnieje jakaś rzecz, w której jestem lepsza, niż wszyscy. Odpowiedziałam, że seks. Zmieszał się nieco, najwyraźniej filozofowie nie radzą sobie z rzeczywistością. Zaczął się plątać i nasza znajomość zakończyła się w tamtym punkcie. Mówię wiele nieodpowiednich rzeczy, mam za długi język. Zawsze powiem to, co myślę, nawet jeśli miałabym przez to rozpętać burzę. Niektórym to przeszkadza, inni już dawno przestali zwracać na to uwagę – nauczyłam się, że skoro nie można dogodzić wszystkim, nie ma co się starać. Dziwnym trafem, zasada: miej wyjebane, a będzie ci dane całkiem nieźle sprawdza się w życiu. W moim słowniku nie istnieje słowo: problem. Jestem zbyt młoda, żeby być nieszczęśliwą. Łapię chwilę, bo wiem, że ona nigdy się nie powtórzy. Kiedyś śniło mi się, że tańczyłam rolę Królowej Łabędzi. Wszystkie oczy skierowane były na mnie, słyszałam jedynie aplauz zachwytu. Obudziłam się, poszłam na próbę i znowu stałam z tyłu. To całe moje życie – trochę snu, trochę rzeczywistości, trochę baletu.
    Jestem tylko tancereczką.

    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: Robienie wszystkiego na co mam ochotę.
    • Ulubione: Szarlotka, kawa ze Sturbucksa, stary rock.
    • Inne:Jeżdżę czarnym Chevroletem Impala z 1967 roku. Dostałam go od chłopaka na osiemnaste urodziny. Sądzę, że jest kradziony, ale nie będę w to wnikać.
      Obgryzam paznokcie.

    F. Przeszłość 
    Gdybym chciała opowiedzieć wam o tym, co robiłam przez ostatnie dwadzieścia lat, musiałabym poświęcić na to dwadzieścia kolejnych. Kochałam, nienawidziłam, płakałam, śmiałam się, kradłam konie, uciekałam z domu i robiłam mnóstwo innych rzeczy. Może kiedyś przy jakiejś okazji o tym usłyszycie. Albo i nie.
    Możecie za to posłuchać o czymś zupełnie innym, bo drugi raz tego nie powiem.
    Zawsze myślałam, że kiedyś dostanę swoją różdżkę i będę mogła czarować. To nie ulegało nawet wątpliwości, tata był czarodziejem, mama czarownicą (co z tego, że pochodzenia mugolskiego, takie rzeczy się przecież zdarzają!) - naturalną koleją rzeczy, wszystkie pociechy powinny to odziedziczyć, prawda? Najwyraźniej jednak nie. Nie zamierzam nazywać się charłakiem, to ma pejoratywny wydźwięk, nie chcę też próbować wykrzesać z siebie tej odrobiny magii, która ponoć we mnie drzemie. Właściwie, cała ta sprawa z Hogwartem jest dla mnie tematem tabu, więc nie próbujcie nawet go zaczynać. Nie wiem, nawet nie chcę się zastanawiać nad tym co by było, gdyby. Pewnie byłabym kimś innym, pewnie robiłabym coś innego – ale nie obchodzi mnie co. Kocham balet i nie zamieniłabym swojej pracy na żaden magiczny patyk.


      Similar topics

      -

      Obecny czas to Pon Sie 21, 2017 5:47 am