Gilbert Nightray

    Share
    avatar
    Gilbert Nightray

    Liczba postów : 11
    Płeć : Male

    Gilbert Nightray

    Pisanie by Gilbert Nightray on Sro Kwi 24, 2013 11:49 pm

    Gilbert Nightray

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Gilbert
    2. Nazwisko: Nightray (wciąż to samo, a on wciąż ubolewa, że nie wymyśliłam mu jeszcze innego, skoro Gilbertem z Pandora Hearts przestał być już dawno, dawno temu)
    3. Data urodzenia: 02.02.1985r.
    4. Miejsce urodzenia: Londyn (czego się nie robi dla akcentu)
    5. Miejsce zamieszkania: Islington, Londyn, UK (niedaleko Finsbury, więc regularnie obrabiają go z różdżki i portfela)
    6. Czystość krwi: półkrwi
    7. Teleportacja: tak / nie

    B. Więzy rodzinne

    1. Rodzina: mama czarownica, autorka książeczek dziecięcych; ojciec 1 fizyk jądrowy; ojciec 2 cukiernik mieszkający z ojcem 1 (!); rok młodszy brat Vincent bezużyteczny psychopata
    3. Status majątkowy: ponoć bardzo bogaty, ale to nie po mnie

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: mugolskie haj skule, Frigoris (o ile wytrzymał, cholera go wie)
    2. Referencje zawodowe: ha ha ha. ha. ha; radiowy głos
    3. Wykonywany zawód: speaker radiowy, malarz, poeta, ex-lokaj, kucharz, sekretarka, chłopiec do towarzystwa
    4. Zarobki: wystarczają na karmę dla kota

    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: 182 cm
    • Budowa ciała: już nie takie chucherko, ale paker metr sześćdziesiąt też nie
    • Kolor oczu: rdzawe
    • Kolor włosów: czarne
    • Cechy charakterystyczne: tylko takie

    2. Opis szczegółowy: Chcielibyście tak od razu wszystko wiedzieć, no kurczaczek. Gilbert jaki jest, każdy widzi – kociakowaty. Oczka ma po Jacku. Półuśmiech też. Ubolewajmy, że taki zepsuty i zmarnowany, a więc przez większość czasu przemęczony i zwyczajnie chorowicie wyglądający. Znerwicowany do bólu, ale wciąż piękny, bo nigdy się nie zestarzeje. Gdyby miał raka, nazwałby go Cas, ale nie ma, epizod z atakami kaszlu i krwiopluciem okazał się ostrym zapaleniem płuc, w zasadzie dlaczego miałabym nie pisać moim bohaterom historii choroby? Wiecie, ile można powiedzieć na podstawie takiej historii? Tak po prawdzie to nie dużo, bo ważniejsze jest obmacywanie, tak mnie przynajmniej uczą, w każdym razie chodzi o to, że przez Gilberta przewinęły się chyba wszystkie możliwe bakterie przenoszone drogą płciową, bo, cóż, w żadnym wypadku nie jest monogamiczny i lubi sypiać ze wszystkim, co z jakichś przyczyn jeszcze nie uciekło. Nie zapominajmy o nerwicowym nawyku odgarniania z twarzy tych perfidnie idealnie falowanych włosów. Dużo pije, dużo pali, mało sypia. Ach, byłabym zapomniała!
    Te uda.

    E. Charakter

    1. Opis charakteru: Pisałam to już odnośnie wyglądu i znów powtórzę – kociakowaty. Kiedyś był żywotny, trochę dziki i nieprzewidywalny, teraz już się z deczka postarzał, wiecie, stawy nie te same, wątroba też już mocno nadwyrężona, słowem – niemal geriatria, ale jeszcze jakoś ciągnie, bo wciąż kocio sprężysty, ale też i jakiś taki ostry, ostrzejszy niż do tej pory. I nienagannie ubrany, ofc.

    2. Ciekawostki: Boi się kotów. Ma kota – białego persa o złotych oczach (z przypadku będącego dwunastym wcieleniem pewnego bardzo znanego mugolskiego fizyka jądrowego); w zasadzie to kot jego dziewczyny, no ale wszyscy wiemy, jak kończy się posiadanie wspólnych kotów – prędzej czy później ktoś kończy sam z pięciokilogramowym fuczącym kołtunem i nie pozostaje nic innego, jak nauczyć się mówić w języku tego drugiego. Gilbert nie miał wyjścia.
    Gilbert nigdy za bardzo nie miał żadnych wyjść, nawet tych awaryjnych.

    • Zainteresowania: mocne alkohole i takież same papierosy zwijane własnoręcznie; taka jedna zołza, co to była jego żoną, a potem dość mocno nie była, bo uciekła hen daleko; inne kobiety; inne alkohole; klasyczny rock; wolałabym nie pisać, że inni chłopcy, ale profilaktycznie napiszę, żeby nikt nie miał wątpliwości, choć wydaje mi się, że jego homoerotyzm wciąż pozostaje w strefie platonicznego samouwielbienia męskiego ciała, które ponoć jest doskonalsze (tako rzecze Lis); książki, z książkami się skurczybyk nie rozstaje, z intrumentami wszelkich grup również; kiedyś gotował, ale teraz głównie pije, bo jest zasmutkowany mierną kondycją ludzkości, taki to wrażliwy typ; lubi mugolskie kino.
    • Ulubione: Led Zepp’s „In My Time of Dying”, śpiący Oppenheimer
    • Inne: Cierpi na insomnię, ale chyba nigdy nie upodobni się do Tylera Durdena na tyle, żebym mogła mieć w głowie własny mały fight club.

    F. Przeszłość

    Gilbert urodził się w jednym tylko celu, miał to zakodowane w genach, które uaktywniły się już we wczesnym dzieciństwie, kiedy w obliczu matczynego chłodu przejął na siebie rolę opieki nad nie takim znowu małym bratem – pochodził z rodziny służących i… no, po prostu lubił doglądać, czy pokojówka pamiętała o wyjęciu chleba tostowego z zamrażalnika, czy Vincent ma doprasowane mankiety mundurka, wypastowane buty, domyte z tyłu uszy, odrobione lekcje, gotowe do wzięcia drugie śniadanie, czy kawa taty się nie przypaliła, czy curry jest dobrze przyprawione, rachunki zapłacone a kwiaty podlane – słowem nie tyle prowadził dom, co naprowadzał go na właściwą drogę. Nie wypada mieć przyjaciół wśród służby (mówimy o prawdziwym brytyjskim high class), dlatego też w odniesieniu do męskiej linii Nightrayów trzymano się tradycyjnego określenia dżentelmen dżentelmena a pracowali oni dla pewnej bardzo wpływowej angielskiej rodziny. Ręce wielu przodków babrały się w kilogramach pasty do butów, przecinały licznymi brzytwami oraz kłuły srebrnymi spinkami do mankietów i krawatów (w niektórych z nich płynęła wilkołacza krew, doceńmy ich poświęcenie) przez wieki po to, aby obecny pan Nightray dysponował całkiem pokaźną sumą i wystarczająco dziwacznym nazwiskiem, żeby móc bez reszty poświęcić się swej prawdziwej miłości – fizyce teoretycznej. W kilka dni po siódmych urodzinach starszego z synów, zapakował dzieciaki do samolotu (matka miała to w głębokim… poważaniu) i razem polecieli do krainy mlekiem i miodem płynącej zwanej w mowie potocznej Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Pierwszy tydzień w nowym kraju Gilbert przeleżał pod łóżkiem pachnącym sklepem meblowym. Wyobraźmy sobie suburbia Pasadeny z lat pięćdziesiątych jak w „Samotnym mężczyźnie” Christophera Isherwooda, a tam bungalow z drewna i szkła (ojciec miał dobry gust, co tu dużo gadać). Gilbert tymczasem leżał pod łóżkiem i dziko wierzgał, gdy próbowano go wyciągnąć siłą za nogi tudzież przekupić eklerkiem, i krzyczał, że póki na tronie zasiadają Stuartowie, on nigdzie nie wychodzi, bo Amerykanie są wulgarni, odrażający i mówią jakby chcieli mu coś sprzedać.
    Później mogło być już tylko gorzej.
    W każdym razie wszystko sprowadza się do tego, że chłopaczyna całkiem nieźle sobie radził – no dobrze, w ogóle sobie nie radził, bo poznał wiele rzeczy o wiele za szybko i o wiele za wcześnie, między innymi w wieku lat piętnastu chciał przespać się z trzydziestoletnią zołzą – dopóki nie załamał się nerowo jakieś trzy lata temu (przepraszam za ten telegraficzny skrót, ale od czego jest ffek).

      Obecny czas to Sro Wrz 20, 2017 3:19 am