Noah Mordecai Stonem

    Share
    avatar
    Mordecai Stonem

    Liczba postów : 80
    Płeć : Male

    Noah Mordecai Stonem

    Pisanie by Mordecai Stonem on Nie Paź 20, 2013 1:55 am

    Noah Mordecai Stonem

    A. Dane personalne

    1. Imiona: Noah Mordecai
    2. Nazwisko: Stonem
    3. Data urodzenia: 4 stycznia 1989
    4. Miejsce urodzenia: Londyn, Anglia
    5. Miejsce zamieszkania: Londyn, Anglia
    6. Czystość krwi: ubrudzona
    7. Teleportacja: nie

    B. Więzy rodzinne

    I'm in love with your brother, yes I am
    But maybe I shouldn't ask for his name
    And you danced -oh what a dance
    And you laughed -oh what a laugh
    Does he know what I do?
    And you'll pass this on, won’t you?
    And if I ask him once what would he say?
    Is he willing? Can he play?


    1. Rodzina: Clayton - to jest Rachel, Rachel - to jest Clayton. Tak to musiało wyglądać, chwilę później ślub i mieszkanie w zachodniej części Londynu. Nagle pojawiam się ja i już niczego nie ma, co było wcześniej, jakieś zaklęcie tu zadziałało czy coś. Nie pytajcie mnie, nie wiem, jak to wyglądało przed, mama nie wyglądała nigdy, jakby stało się coś złego. Chyba dopiero wtedy się zaczęło. Jak miałem dwa lata to zamieszkaliśmy w małym domku gdzieś na wsi w Walii, mama już wtedy pracowała jako dziennikarka podróżnicza w jakimś piśmie. Zawsze byliśmy tylko ja i ona, przynajmniej przez pierwsze lata, jakiś pies też, wabił się Hector i był ogromny, jakiś wodołaz czy coś w tym stylu. I ten domek na wsi, mury z kamienia, angielski ogródek, ławka przed domem, najbliższy sąsiad w odległości pół mili od nas. Sielanka, Holiday w prawdziwym życiu. Mamę często odwiedzały koleżanki, taki seks w wielkim mieście, tylko bez wielkiego miasta, teraz wiem, że co weekend do butelki Martini wypalały co najmniej dwa gramy, a ja nie mogłem spać i chodziłem pytać, co tak dziwnie pachnie.
    Później zapytałem o tatę to mi powiedziała, że mieszka w Irlandii, ma żonę i córkę, i jeszcze dwójkę nieswoich dzieci. Nie zainteresował się mną nigdy, w sumie to nawet nie jest ważne, chociaż co miesiąc, póki nie ukończyłem szkoły, wysyłał jakieś pieniądze. Mama dalej zapraszała koleżanki, ja poszedłem do szkoły, a ona dostała awans i zaczęła jeździć po świecie, bawiąc się w Indiana Jones’a w spódnicy. Musieliśmy oddać psa, bo nie miał się nim kto zająć, przeżywałem to chyba z miesiąc, już nigdy nie chcę mieć zwierząt, bo to tak bez sensu, kiedy muszą odejść.
    Dużo się zmieniło, kiedy poszedłem do szkoły, już nigdy nie wróciliśmy do Walii, od tamtego czasu to było życie na walizkach, przez każde wakacje tułaczka po zakamarkach świata, nie pytajcie mnie, gdzie byłem, tylko gdzie mnie zabrakło. Utarło się, że istnieje siedem cudów świata, a ja widziałem ich już co najmniej siedemnaście, ale to nadal za mało, te liczby idą w dziesiątki, może nawet w setki. Czasem było tak, że nie mogłem iść z mamą i musiałem zostać w obozie, wtedy się nudziłem albo uciekałem, to mama kupiła mi gitarę, żebym miał rozrywkę – taką meksykańską, na jakiej grają mariachi, z nimi też grałem trochę. Ameryka Łacińska była magiczna, w Urugwaju po raz pierwszy wypiłem mate, a później zwęgliliśmy się z mamą, chyba miałem szesnaście lat. To nie tak, że mogłem wszystko, że miałem wszystko, ale Rachel wychodziła z założenia, że prędzej czy później i tak zrobiłbym to wszystko tylko po kryjomu, nie oszukiwała się, w sumie miała rację. Rok później wakacje były jeszcze bardziej magiczne, choć tylko mieszkaliśmy w Holandii i jeździliśmy rowerami przez wioski poprzecinane kanałami albo pola tulipanów, a ja nie miałem pewności, czy mama zakochana jest w kraju, czy w Jakobie Van Wegbergu. Ja też się zakochałem wtedy, ale to osobna historia.  
    Teraz Rachel Stonem jest redaktorką naczelną własnego miesięcznika podróżniczego, nadal jeździ po świecie i rzadko się widujemy, nic nie szkodzi, zawsze była wolnym duchem, chyba niewiele się różnię. Ma swoje życie i nasze ścieżki krzyżują się czasami, kiedy się zaszywamy na końcu świata. Czekam, aż wyda książkę.  
    A, jeszcze o siostrze – nigdy się nie poznaliśmy. W szkole gdzieś czasem ją widziałem na korytarzach, może zamieniliśmy w życiu dwa słowa, jakoś tak było mi to zupełnie obojętne.  
    2. Pokrewieństwo: Aria Stonem – przyrodnia siostra, Franklin i Georgia Abrams - kuzynostwo od strony mamy
    3. Status majątkowy: bogaty

    C. Kariera

    1. Ukończona szkoła: Hogwart, Slytherin
    2. Referencje zawodowe: Zawsze lubiłem robić te wszystkie rzeczy, wycinać, kleić, łączyć, ciąć, ugniatać, trzaskać, lać, łamać, kruszyć, te słowa są takie dynamiczne, ale to tylko nazwy, bo w tym wszystkim jest zaklęty jakiś spokój. Uczyłem się sam albo pytałem kogoś, kto coś potrafił, czy mogę popatrzeć, a później spróbować. Na początku to nie miało sensu, jakaś fanaberia bogatego dziecka, ale to właśnie lubię robić. Te rzeczy – że to jest cienkie, a tu jest kontrast i granica przechyla się tak, że wygląda na niemożliwy wspornik.
    3. Wykonywany zawód: robię meble i architekturę
    4. Zarobki: niskie + niskie = średnie


    D. Wygląd

    1. Podstawowe informacje

    • Wzrost: 187
    • Budowa ciała: nie
    • Kolor oczu: szare albo niebieskie, nie wiem
    • Kolor włosów: różny często
    • Cechy charakterystyczne: śmieję się a później już zaraz smucę

    2. Opis szczegółowy:

    This is our last goodbye
    Now you should be holding me

    Punkrock t-shirt, black cap and tatoo
    The first things I noticed about you


    Patrzysz na mnie tak, jakbym ci się podobał, pożerasz mnie wzrokiem, chcesz iść do łóżka? To chodź, poszamotamy się trochę. A może tylko myślisz, że jestem pedałem, z tymi kolczykami w uchu i śmieszną fryzurą. Na koszuli mam plamy po sosie z kebaba. Nie lubię kebabów, ale niszczące gastro zawsze mnie sprowadza mnie do turka czy innego araba. Sznurówka rozwiązana w bucie, że się nie potykam w ogóle, upadek pierwszy, drugi, po trzecim to już ciężko się podnieść. W ogóle z tymi włosami, nie wpadłem pod kosiarkę, to Heidi kiedyś się nudziła, tu tam więcej, a tu mniej trochę, nikt nie wiedział o co chodzi, a my dobrze graliśmy swoje role, nadając temu jakiś ironiczny sens. Czasem nazywaliśmy właśnie rzeczy po swojemu tylko po to, by nikt nie wiedział, co się dzieje, to był jakiś kod, już go nie pamiętam.  
    Lubię swoją twarz i żyły na rękach, które widać, choć moja twarz nie jest wcale piękna, przynajmniej nie wedle tych przyjętych kanonów, nie wiem nawet, jakie one są, ale na pewno nie takie, jak to, co widzę w lustrze. Chodzę nieustannie z fajką wetkniętą między wargi, jest we mnie jakaś egzystencjalna rezygnacja, albo to już nonszalancja, bo za długo patrzę się na twój tyłek, tylko mnie nie obwiniaj o to, że twoja spódnica zrobiła sobie wolne. Ja mam na sobie tę koszulkę pogniecioną i za dużą, spodnie od dresu, jak ci się to nie podoba to zdejmę, zanim wylądujemy w rynsztoku.
    Wyglądam na spokojnego człowieka, mam łagodną mimikę i leniwe gesty, jakbym żył w slow motion, ale mogę krzyczeć głośno i rzucę w ciebie tym, co tam znajdę pod ręką akurat, jak nie zamkniesz się, kiedy ja nie rzucam słów na wiatr. Takie marnowanie słów nie jest potrzebne. Lepiej pośmiej się ze mnie, że wyglądam jak elf, pośmiejemy się razem.
    Co jeszcze lubię u siebie to dłonie, są smukłe i sprawne, ty też je polubisz, albo znienawidzisz, tutaj nie ma nic pomiędzy.

    E. Charakter

    1. Opis charakteru:

    I'm Darth Vader
    I know what I'm made of
    Cause I was warmed by the sun
    The sun

    You're looking for me
    But it's not what you seek
    I've got a twisted personality


    Boję się kamer, wolę pamiętać rzeczy po swojemu. Zdjęcia są inne, mogą być magiczne, masz obrazek i od razu w twojej głowie rodzi się historia, jesteś Sidem i Nancy albo odlatujesz w kosmos. Musi być przecież takie piękno, nieprzeniknione, lubię kiedy jest szaro albo czarno, ale kolory też są dobre, pod warunkiem, że zielony nie jest obok czerwonego. To jest pierwsza zasada estetyki, której nie wolno niszczyć. Estetyzowanie wspomnień, to chyba właśnie robię, jesteś frajerem, jeśli mi wierzysz, ale możesz wierzyć, jeśli znasz zasady gry. Wszystko tu jest zabawą, ale nie taką na niby, tylko naprawdę – taką zabawą, w której jak umierasz to też naprawdę. Tak na poważnie to nie jestem dupkiem. Słyszałeś coś innego, ofiaro propagandy? Mam dwie ręce wyciągnięte w twoją stronę, tak to właśnie wygląda, więc zostaw te szuflady i chodź na wódkę, poszwendamy się trochę po mieście. To jest to, co lubię właśnie – szwendanie się. Wódkę też.
    Muszę tworzyć, bo inaczej bym umarł. Zaczęło się tak że zafascynowałem się drewnem, zrobiłem kilka desek, później strugałem meble, bo to przynosiło mi wewnętrzny spokój. Dodałem śmieci, metal, szkło, obejrzałem kilka filmów, nie wiem, skąd mi to przyszło wszystko, podpatrywałem innych. Jakby to zawsze było naturalną częścią mnie, zapisane gdzieś, przeżywając długi okres utajenia. Chodzę do muzeów i czasem pół dnia stoję przy jednym słupku, nie lubię się spieszyć, w ogóle czas to jakieś pojęcie, którego nie respektuję, pełni tylko funkcję informacyjną. Nie działam wedle planu, tylko z impulsu.  
    W nocy nie śpię tylko wzdycham, jakbym miał na sercu jakiś ciężar, albo po prostu lubię patrzeć na księżyc w pełni. Towarzyszy mi wtedy muzyka melancholijna jak jesień, jesień pachnie zgnilizną i ślizgam się na stęchłych liściach, ale kiedy jestem świadkiem tego powolnego umierania to właśnie wtedy kocham, mimo, że z wyglądu tragedia. Jestem lunatykiem, o czwartej nad ranem biegam w pidżamie po ulicy, bez butów. O ósmej siedzę już na tarasie z kawą, picie kawy kiedy nie jest się w hermetycznie zamkniętym pudełku sprawia, że jest lepsza, smaczniejsza.  
    Czasem słyszę w głowie głos Heidi, mówi do mnie w szaleńczym amoku, nie wiem, czy to już krzyk, czy może któreś wielkie Gie, na granicy między goryczą a gniewem, jesteś nonszalanckim draniem, Mordecai, wyrafinowanym dupkiem bez poczucia odpowiedzialności, przebiegłym babiarzem, intelektualnym zboczeńcem, nienawidzę cię, kurwa, nienawidzę wszystkiego, co jest tobą, twojej pierwszej w nocy i czwartej nad ranem, szesnastej w południe też nie, z tymi słowami na ustach widzę, jak zmierza w moją stronę, już prawie szykuję się na przyjęcie siarczystego policzka, siła zawsze była miarą sprawiedliwości, ale w końcu tylko wpada w moje ramiona i tak woła kocham cię, Mordecai, kocham cię i nie idź nigdzie nigdy beze mnie.
    Mówię do swoich roślin i nadaję im imiona, śmieją się tak siema Mordek, jak weekend u Bensona, Rigby się nie wstawił za mocno? Spoko jest Skip, to piołun, i Margaret, delikatna waleriana. Z moją psychiką wszystko dobrze, nie miałem trudnego dzieciństwa, po prostu lubię mieć się do kogo odezwać w pustym mieszkaniu, a nikt nie trzyma sekretów lepiej, niż chlorofil, rośliny to niemi powiernicy, a w zamian wymagają tylko trochę wody. Gdyby wszystko było tak proste to chyba świat byłby jakimś lepszym miejscem, albo też niewyobrażalnie nudnym, może spaskudziłbym tylko wszystkie ekosystemy. Nie walczę, robienie nowych światów zamiast dać spokój to nie ja, kiedy coś się obraca to też zaczynam wirować, chociaż nie wiem w sumie, z Heidi walczyliśmy bez końca, albo graliśmy w gry, których zasad nie był w stanie pojąć nikt poza nami.
    Znowu mówię o Heidi?
    Z imprez u kogoś lubię wracać po kilku dniach, albo wcale. Wychodzę w piątek, wracam w sobotę, a to już niedziela. Najbardziej bawią mnie filmy z kotami z Internetu i mogę tańczyć jak epileptyk do psychodelicznego disco, czasem tylko ruszam ramionami, później łapię ciebie w pół i wyglądamy jak dwójka pedałów, wtedy to jest śmieszne, albo już później tylko coraz goręcej, jak mogę wołać na ciebie Ana czy Shelia, jakieś obojętne imiona. Naprawdę lubię tańczyć, robię to nawet kiedy czekam, aż zagotuje mi się woda w czajniku albo jak zmywam naczynia. Muzyki słucham za głośnej, wszystko robię na odwrót, nie wiem dlaczego jeszcze nie chodzę wspak.  
    Zaczyna mnie wnerwiać, kiedy pojawia się problem, co to ma w ogóle być, jakby nie dało się przeżyć jednego dnia bez ciepłej wody albo w deszczu, to ciągłe narzekanie tylko sprawia, że boli mnie oko. Wzruszam ramionami i zrzucam z siebie odpowiedzialność, nie chcę brać udziału w jakimś śmiesznym egzystowaniu, jest mi dobrze zazwyczaj, nigdy gorzej, a czasem tylko lepiej. Ponoć każdy ma to biologicznie zaprogramowane, mnie ktoś chyba włączył permanentną znieczulicę, ale ona nie działa, kiedy przewracasz się na schodach albo nie masz na zupę, innym razem mówię Taksówkarzu zamknij mordę i wieź mnie, ja nie chce nic wiedzieć. Tu się ciągle coś psuje i słyszę pretensjonalne takie jest życie, nieprawda, moje jest inne, ale czasem czuję się jak kaleka, bo nie mogę nic zrobić, kiedy chciałoby się rzucić pod pociąg. Gubię drogę i włóczę się, zawiłe sieci synaptyczne plączą się bez nadzoru, biologiczna anarchia. Istnieje taki mechanizm, którego nie da się wytłumaczyć, nagle robi ci się tak smutno, że wiesz tylko, że za chwilę chcesz umrzeć, tego nikt nie odkrył jeszcze, dlaczego tak się dzieje, żaden Freud ze swoim penisem i żadna inna psychologia. Samodzianie się, tylko tak potrafię to wytłumaczyć niektóre rzeczy, które sprawiają, że rośnie mi czarna aureola.  
    Podejmuję wszystkie życiowe decyzje pod prysznicem, to nieważne, czy myślę o tym, co zjem na kolację i czy w ogóle ją zjem, to najlepszy moment dnia, cisza i szum wody, dużo pary od ciepła. To jest przyjemne. Nie lubię odwlekać przyjemności, to jest szkodliwe podobno, takie bezsensownie czekanie, że coś może przyjdzie, jakiś list czy manna. Kiedy wyszedłem w końcu z domu to ewoluowałem.
    Teraz wszystko mogę, dobrze się bawię.  

    2. Ciekawostki:

    • Zainteresowania: głośna muzyka, sztuka nowoczesna, sny, metal i drewno, architektura baroku, to co robisz dziś wieczorem
    • Ulubione: yerba mate, kawa z mlekiem, robienie rzeczy różnych z metalu czy drewna, ze szkła też umiem, te kwiatki co stoją w domu, filmy ciemne, The Knife, siedemnaście cudów świata, migotanie świateł w nocy kiedy się wraca taksówką do domu, leżenie na podłodze, filmy Lyncha, zima, lody ciasteczkowe, szkocka whisky, biała czekolada, jogging o dowolnej porze dnia, ogień z kominka i to szturchanie osmalonych pni, jak syczą
    • Inne: jestem lunatykiem, używam maszyny do pisania i umiem grać na gitarze

    F. Przeszłość  

    One night to be confused, one night to speed up truth
    We had a promise made, four hands and then away
    Both under influence we had divine scent
    To know what to say, mind is a razorblade

    To call for hands of above, to lean on
    Wouldn't be good enough for me, no

    One night of magic rush, the start: a simple touch
    One night to push and scream and then relief
    Ten days of perfect tunes, the colours red and blue
    We had a promise made, we were in love


    Heidi.
    Nie wiem, czy była prawdziwa, czy tylko mi się przyśniła, i czy to był sen, czy może koszmar. Miałem siedemnaście lat, skończyłem właśnie szósty rok nauki w Hogwarcie i miałem spędzić dwa miesiące w Amsterdamie. Kilka miesięcy wcześniej mama poznała redaktora naczelnego Holenderskiej edycji Proroka, Jakoba Van Wegberga, to chyba nie był tylko przelotny romans, jak w większości przypadków, do których byłem wcześniej przyzwyczajony. Mieliśmy zamieszkać razem, duża sprawa. Przez pierwszy tydzień trochę się nudziłem, chodziłem po mieszkaniu i szukałem sposobu, żeby uciec na drugi koniec świata, który wówczas znajdował się dla mnie na Kamczatce. W drugim tygodniu, spakowany i gotowy do podróży, spotkałem na progu Heidi.
    Heidi była córką Jakoba, rok starsza, nigdy nie przejawiła żadnych zdolności magicznych. Wiedziałem o jej istnieniu, wiedziałem także, że miała spędzić całe wakacje razem ze swoim chłopakiem w Brazylii. Jeszcze tego samego dnia, kiedy się spotkaliśmy, kochaliśmy się na poddaszu domu jej ciotki, ja po raz pierwszy, i wiedziałem już, że nie chcę na żadną Kamczatkę. Nie wiem, czy stało się to dlatego, że było jej smutno po rozstaniu z chłopakiem, czy to było to magnetyczne przyciąganie, północ-południe, mit o androgynie. Nastało lato miłości, a później przegoniła je jesień. Przez rok pisaliśmy do siebie listy, oczekując kolejnych świąt, skrawka czasu wydartego dla siebie. Ona przygotowywała się na studia w Delft, a ja nie myślałem wcale o Owutemach, tylko o jej ciepłej skórze i złotych oczach. Oblałem egzaminy na teleportację, wszystkie, bo to w ogóle nie było ważne. W końcu skończył się czerwiec i już nie było mamy i mnie, tylko Heidi, ja i Delft, nocne życie w Hadze, wycieczki po Rotterdamie, miesiąc na Hawajach, gdzie Heidi surfowała, a ja wolałem patrzeć, jak robi się deski. Nocami spaliśmy pod gołym niebem i kochaliśmy się na plaży, nie chciałem inaczej. Czasem spaliliśmy za dużo marihuany, czasem byliśmy tak pijani, że nie mogliśmy na siebie patrzeć, ja miałem dość, kiedy myślała za mnie, ona nie mogła znieść, kiedy nie myślałem wcale. I tak wiedzieliśmy, że chcemy mieszkać razem w Delft. Zaczęła studiować architekturę, ja się nudziłem, z nudów robiłem wszystko – pracowałem u stolarza, w sklepie różdżkarskim, w aptece. Gdzieś po drodze nasi rodzice rozstali się, ale nikt o to nie dbał w sumie. Zrobiłem prawo jazdy tylko po to, żeby móc jeździć w nocy po autostradzie i za głośno słuchać muzyki, Heidi też tak lubiła. Zawsze sklejałem jej wszystkie modele, bo sama nie miała do tego cierpliwości. Pisałem za nią egzaminy. Rysowałem projekty. Tak chyba miało zostać, na permanentnym stanie odurzenia, w różowych okularach, oboje flirtowaliśmy ze wszystkimi wokół poza sobą, nie ufaliśmy sobie ani trochę, nienawidziliśmy siebie nawzajem tak naprawdę, ale chcieliśmy za sobą skakać w ogień.
    W ogień.
    Dwa lata temu byliśmy na Filipinach, Heidi surfowała na desce, którą sam dla niej wyciosałem, ja udawałem, że surfuję, byliśmy trochę zjarani, bo prawie zawsze byliśmy mniej lub bardziej zjarani, to jest szkodliwe podobno, nie słucham. Pamiętam, że rzeczy się działy – wielki granat przykrył całe niebo i wszystko stało się czarne, kręciło, kręciło, kręciło, a jak znowu otworzyłem oczy byłem w środku lazurowego oceanu, połknął mnie, moje płuca, przeżuł, a później wypluł na brzeg. Jak chodziłem po plaży i wołałem Heidi, ale jej nie było, usiadłem na brzegu i czekałem aż do rana, bo w końcu miała przyjść do mnie, a ja miałem jej już nie zostawiać. Ktoś przyszedł w końcu, ale to nie była Heidi, to już nigdy nie była Heidi, nigdy nie wyszła z tej wody, spotkała Króla Trytona, który zamienił ją w Małą Syrenkę gdzieś na dnie oceanu.  
    Tak widzę prawdę.
    Było lato miłości, jesień, aż nagle przyszła zima i trwała cały rok, zahibernowałem się w mieście Harstad i nie rozmawiałem z nikim. Upodobałem sobie styl życia ascety, miałem drewnianą chatkę, kominek, jadłem głównie ryby i piłem kawę bez mleka, nie mogę już patrzeć na kawę bez mleka, nie mogę patrzeć na książki poszukujące sensu życia, w Harstad myślałem, że mój został porzucony gdzieś na morzu Filipińskim. Nie wiem, co naprawdę się wtedy stało, prawda przybiera różne kształty. W Harstad też robiłem meble, z drewna albo ze śmieci, zacząłem też mówić do ziół, które rosły w doniczkach, tylko po to, żeby nie oszaleć. Po siedmiu miesiącach posunąłem się o krok dalej, wynosząc się na kraniec świata, w głąb lądolodu, gdzie dalej na północ już się nie dało, a miasteczka wyglądały jak osady na Księżycu ze starych filmów s-f. Pośród biologów, fizyków, glacjologów i ludzi takich jak bankierzy, filozofowie, czy lingwiści, znalazłem się też ja. Byłem tam jako siła robocza albo kierowca maszyn ciężkich, wszystkiego mnie nauczyli, ten guzik robi to, a tego nie dotykać. Chciałem nurkować pod lodem, ale mi nie pozwolili, bo nie miałem doświadczenia ponić, dlatego robiłem to, kiedy nikt nie patrzył, transmutowałem się w pingwina albo lwa morskiego. Na biegunie było spokojnie. Siedziałbym tam do dzisiaj, ale przyszła do mnie mama i powiedziała, że dłużej nie mogę się tak zachowywać. Wróciłem do Londynu i popadłem w drugą skrajność. Przez pierwsze trzy miesiące przeprowadzałem się nieustannie, bo nie mogłem znaleźć cierpliwych sąsiadów. Było fajnie. Piłem na umór, obmacywałem dziewczyny w klubach, jednej raz zwróciłem obiad na buty. Szumiało mi w głowie, w spodniach jeszcze bardziej. To w sumie było bez znaczenia, tylko musiałem zachłysnąć się życiem od nowa, może to sprawił właśnie ten incydent z butami, śmieję się więcej niż kiedykolwiek, znalazłem jakąś sensowną pracę, tylko nie lubię, kiedy ktoś pyta mnie o Heidi. To tak jak z tym psem, co go przeżywałem przez miesiąc.    


      Obecny czas to Czw Kwi 26, 2018 3:58 pm